Wspomnienia... Czymże one są? Ulotną
chwilą zapisaną przez kronikarza zwanego pamięcią. Ukrytą w tysiącu
pergaminowych kart, przechowywanych w bibliotece naszego umysłu. Jak
wielobarwne motyle pochwycone w sieć. Co z tego, że umierają? Wciąż są,
schowane za szkłem, by czas nie uszkodził ich kruchych skrzydeł. Są jak kwiaty,
zrywane, by cieszyć oko paletą barw, zasuszone, by pamiętać... Lecz kiedyś
nadejdzie dzień, gdy kolory zbledną, a płatki i skrzydła rozsypią się w proch w
objęciach przeznaczenia. Wspomnienia... Ulotne, jak sny...
I ja pamiętam. Każdą chwilę mego
wiekowego życia. Każdy upojny moment, nawet ten nie warty zapamiętania...
Pamiętam każdą radość, każdy smutek, głupotę i sprawy naprawdę ważne. Każdy gest,
spojrzenie, każde słowo. Tak wiele pamiętam... Tak bardzo jestem bogata. Bogata
dzięki skarbom mojego umysłu, dzięki wspomnieniom...
Gęsie
pióro zawisło nad pergaminem, a zielone oczy spokojnie prześledziły tekst
zapisany eleganckim, pochyłym pismem. To był dopiero początek opowieści, jaką
elfka postanowiła spisać. Na pamiątkę tych wszystkich wydarzeń. Na pamiątkę
tych wszystkich istnień, jakie owe wydarzenia pochłonęły. Niejednokrotnie
istnień bardzo jej bliskich.
Westchnęła
od serca, odłożyła pióro, zamknęła kałamarz i pieszczotliwym gestem przesunęła
po pierwszej stronie kroniki, którą zaczęła pisać. Miała nadzieję, że uda jej
się wiernie oddać to, co jej samej się przytrafiło. Jednakże na dzisiaj
wystarczy, obowiązki wzywały. Odsunęła krzesło i wstała lekko od biurka, wolnym
krokiem podchodząc do okna. Ogród zamku w Ostoi cieszył oczy cały rok, dzięki
zaklęciom, które nie dopuszczały do zmian temperatury i pomagały roślinom
kwitnąć. Jednakże w lecie całe jego piękno ukazywało się ze zdwojoną siłą.
Elfka wzięła głęboki oddech, napełniając płuca świeżym powietrzem wypełnionym
słodką wonią kwiatów. Delikatny podmuch wiatru wpadł do komnaty, podrywając jej
jasne włosy do tańca. Dzień był pogodny, ciepły, żeby nie powiedzieć, że parny.
Pewnie popołudniem nawiedzi ich kolejna burza.
Dość
sprawnie udało jej się ogarnąć wszystkie sprawy organizacyjne zamku tak, by
jego mieszkańcom niczego nie brakowało. Choć z drugiej strony, o co niby
miałaby się troszczyć, skoro to sama twierdza spełniała nieomal wszystkie
zachcianki mieszkających w niej istot? Cóż, choćby o to, by pradawne sploty
zaklęć okalające cały zamek wciąż trwały niewzruszenie. To miejsce było iście
nieziemskie i Hashin dziękowała bogom, że pozwolili jej tu trafić. Z początku
sądziła, że to czysty przypadek, jednak teraz wiedziała, że zarówno jej losami,
jak i losami jej towarzyszy wciąż kierowało Przeznaczenie.
-
Jak twoje prace piśmiennicze? – rozległ się niski, męski głos, który szamanka
doskonale znała.
Zatrzymała się przed drzwiami prowadzącymi
do ogrodu i odwróciła, uśmiechem witając przyjaciela.
-
Ledwie starczyło mi czasu na zaczęcie całej opowieści – odparła, wpatrując się
w intensywnie niebieskie oczy Maethoriona. – Ale zamierzam jeszcze dziś do tego
wrócić. Kiedy tylko trochę odsapnę. Wieczne ślęczenie nad rozsypującymi się
księgami bywa męczące.
Mroczny Elf roześmiał się serdecznie,
otwierając solidne drzwi i gestem dłoni zapraszając kobietę do ogrodu.
-
Nie wierzę, ciebie męczy siedzenie nad książkami? – zapytał z rozbawieniem,
ruszając za nią.
-
Och, no wiesz, starość, nie radość – zauważyła z pobłażliwym uśmiechem,
czekając, aż mężczyzna do niej dołączy.
-
Wybacz, że to powiem, ale muszę się z tobą zgodzić. Chyba rzeczywiście
zaczynasz się starzeć. Zanim tu trafiłem, w życiu bym nie powiedział, że
jeszcze kiedykolwiek zobaczę cię w sukni. W dodatku w dzień powszedni –
przyznał An’Sharr[1],
podając towarzyszce ramię, które przyjęła z właściwą sobie lekkością.
-
Widać w przeciwieństwie do n i e k t ó r
y c h postanowiłam w końcu dojrzeć –
odcięła się Hashin, odpowiednio akcentując swoją wypowiedź. – A jak tam twoje
sprawy sercowe, mój drogi? Znalazła się w końcu ta jedna jedyna, czy nadal
poznajesz kobiety od dupy strony? – zapytała bezpośrednio, patrząc na niego
kątem zielonego oka, gdy wolno szli jedną z brukowanych alejek.
-
Od kiedy to jesteś taka wulgarna? – odpowiedział pytaniem Maeth, z przesadnym
zdziwieniem w głosie.
-
Od kiedy trafiłam na statek Reya Upiora?
-
Ach, no tak, to wszystko wyjaśnia…
-
Co nie zmienia faktu, że nie odpowiedziałeś na moje pytanie – przypomniała z
odrobinę złośliwym uśmiechem.
-
Pozwól, że powstrzymam się od odpowiedzi.
-
Nie pozwalam – niemal weszła mu w słowo.
-
Nie, nie znalazła się jeszcze „ta jedyna”.
-
A więc miałam rację.
-
Hashin, proszę… Fakt, że nie związałem się z nikim na stałe, nie znaczy, że
przez te osiemset lat nie wydoroślałem. Ty przecież też z nikim nie jesteś w
trwałym związku – wytknął.
-
Bo ja jestem szamanką, mój drogi, mnie nie wolno – stwierdziła beztrosko.
-
Jakbyś kiedykolwiek przywiązywała wagę do narzuconych ci zakazów…
-
Oj, przecież wiesz, że się droczę – westchnęła, przewracając teatralnie oczami.
-
Wiem, Skrzacie – stwierdził beztrosko Maethorion, delikatnie muskając wargami jej
skroń, zupełnie, jak za dawnych lat. – Nic się pod tym względem nie zmieniłaś.
Hashin tylko roześmiała się serdecznie w
odpowiedzi i chwyciwszy przyjaciela za dłoń, zeszła z kamiennej ścieżki,
wchodząc w głąb ogrodu.
Jedną
ręką podebrała nieco stalowoniebieską suknię, miękko stąpając po soczyście
zielonej trawie. Zatrzymała się dopiero nieopodal białego muru okalającego cały
zamek i usiadła pod rozłożystym dębem, opierając plecy o spękany pień. Maeth
zaraz poszedł w jej ślady, obejmując ramieniem smukłą talię elfki i
przyciągając ją do swojego boku. Uśmiechnęła się łagodnie, zakładając za
spiczaste ucho kosmyk włosów w kolorze dojrzałej pszenicy i podkuliła nogi,
wtulając się w niego bez protestu. Oparła skroń o silny bark i przymknęła
powieki, biorąc głęboki oddech. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuła się
zupełnie bezpieczna, spokojna i odprężona. Po tylu wiekach wędrówek, tułaczek,
żeby nie powiedzieć „wygnania”, każdą taką chwilę witała z otwartymi ramionami,
ciesząc nią tak długo, jak tylko mogła. Maethorion stanowił jej osobistą
ostoję, krynicę spokoju, z której mogła na nowo czerpać, po tylu latach
rozłąki. Tak naprawdę nigdy nie przestała wierzyć, że kiedyś znów się odnajdą,
mimo iż czasami zaczynała wątpić i jej umysł okrywały myśli czarne, niczym
całun samej śmierci. Serce jednak wciąż żyło nadzieją, że ta ostatnia z
bliskich jej osób gdzieś tam jeszcze jest. I nie pomyliła się. Chociaż nigdy by
nie przypuszczała, że spotkają się właśnie w Ostoi. Na Nowym Kontynencie, wciąż
jeszcze w większości okrytym tajemnicą. Jednakże skoro stało się tak, a nie
inaczej, Los musiał mieć wobec nich jakieś plany. Oboje czuli, że szykuje się
jakaś zmiana i że będzie miała ona swój początek właśnie w magicznym, białym
zamku Ostoi. Nie sądzili jednakże, iż nastąpi to tak szybko.
Spokój
odpoczywającej w zielonkawym półmroku pary został zakłócony szybciej, niż by
sobie tego życzyli. Odległy odgłos kroków zignorowali, w końcu zamek miał też
innych mieszkańców, dlatego nie było dziwnym, iż ktoś wybrał się na spacer po ogrodzie.
W ciągu tych kilkunastu minut jasne alejki przemierzyło już w końcu parę osób.
Jednakże te konkretnie kroki miały zostać skierowane akurat pod rosnący
nieopodal muru dąb. Do tej konkretnie dwójki. Bowiem w ich stronę kierował się
nikt inny, jak sprawca niemal każdego zamieszania w Porcie Północnych Wiatrów,
znajdującym się kilkanaście minut drogi od ich małego azylu.
Rey
Upiór, niegdyś najokrutniejszy pirat, jaki kiedykolwiek pływał po morzach
znanego świata, był żywym dowodem na to, że każdy może się zmienić. I pewnego
dnia miało się okazać, iż jego postać jest świadectwem zmian nie tylko
dotyczących jego osoby.
Wysokie,
podkute oficerskie buty tego dnia wystukiwały zaskakująco żywy rytm. Może dlatego,
iż ich właściciel od jakiegoś czasu miał po prostu wyborny humor. Nieomal
tanecznym krokiem zszedł z ogrodowej ścieżki wyłożonej białym kamieniem i
skierował się w stronę odpoczywających elfów.
-
Och, no proszę, jaki śliczny obrazek – w ciszę błogo osnuwającą Hashin i
Maethoriona wdarł się aż nazbyt znany im głos.
Chociaż tym razem wydawał się jakby mniej
ochrypły od ciągłego przekrzykiwania wiatrów targających statkiem na otwartym
morzu.
Elfka
podniosła nieco niezadowolone spojrzenie i przez moment z niedowierzaniem
wpatrywała się w przystojną, niczym nieskalaną twarz Krwawego Elfa. Pamiętała
rysy, szelmowski błysk w szkarłatnej tęczówce, jednak przyzwyczajona do czarnej
przepaski zakrywającej prawe oko, teraz nie mogła napatrzyć się na powód jej
braku. Pod wąską brwią, pomiędzy lśniącymi rdzawo rzęsami spozierało na nią
oko, które Rey stracił stulecia temu. A
teraz, niemal po czterech wiekach, znów tkwiło na swoim miejscu. Zupełnie
sprawne i… złote. Szczerozłote. Tak znajome…
-
No już, nie przyglądaj mi się tak – mruknął z rozbawieniem Rey, wyrywając
Hashin z zamyślenia.
-
Mam ci się nie przyglądać? – zapytała, odzyskując animusz i podała mężczyźnie
dłonie, by pomógł jej wstać. – Teraz, kiedy wreszcie jest, na co patrzeć?
Czerwonowłosy prychnął tylko, jednak w
następnej chwili wziął elfkę w ramiona i śmiejąc się radośnie, okręcił się z
nią wokół własnej osi.
-
Czuję się, jak nowonarodzony! – wykrzyknął, stawiając ją w końcu na ziemi.
-
Szczerze powiedziawszy, widać, jak na dłoni – wtrącił się Maethorion, również
podnosząc się z soczystej trawy. – Ale może opowiedziałbyś nam, jakim sposobem
nabyłeś nową skórę?
Usiedli
w jednej z kilku sali bawialnych, sącząc wyborne, stare wino i słuchając
opowieści Reya, który nie omieszkał okrasić swojej historii barwnymi opisami
walk z wiatrami oraz sztormem, z resztą, czegóż się po człowieku morza
spodziewać? Opowiadał o swoim rodzeństwie i wiernej załodze, która, mimo iż od
niedawna znajdowała się pod wodzą brata Upiora – Shane’a – wciąż postrzegała
słowo zaprawionego w bojach kapitana, jako święte. Nie zapomniał wspomnieć
również o młodej lamii, która jakimś trafem dostała się na statek i bardzo wiernie
oddał, jak to się jej bohatersko pozbył, gdy mała bestia pokiereszowała jego marynarza.
Przez
opowieść Reya przewinęły się szczegółowe opisy niemal wszystkich dni rejsu,
uwzględniając również kilkudniowy postój na Smoczej Wyspie, gdzie elf gromadził
skarby ze swoich napaści.
-
…nie chwaląc się oczywiście wspomnę, że niemal cała jaskinia pod wyspą
wypełniona jest złotem i kosztownościami – stwierdził z dumą pirat. – Rzecz
jasna przywiozłem wam parę skrzyń, żebyście nie czuli się poszkodowani. Więcej
nie pozwoliła mi zabrać Gin – dodał po chwili, jakby z lekkim zakłopotaniem.
-
Kim jest Gin? – zapytał z zaciekawieniem Maethorion.
-
To Czerwony Smok, konkretniej smoczyca, która strzeże mojego skarbu – wyjaśnił
czerwonowłosy. – Czy raczej swojego, jak twierdzi.
Hashin, do tej pory w milczeniu
przysłuchująca się opowieści, spojrzała na niego ze szczerym zaskoczeniem.
-
Nie powiesz nam chyba, że jesteś jej Jeźdźcem? – odezwała się, unosząc brew.
-
Jeźdźcem? – Rey popatrzył na nią ze zdziwieniem. – Ależ skąd! Ona tylko ze mną
rozmawia.
-
Jak ją znalazłeś? – dopytywał się Maeth.
-
Mieszkała na tamtej wyspie, gdy pierwszy raz tam zacumowałem. Chętnie przystała
na moją propozycję.
-
Obiecałeś dorzucać co nieco do jej skarbca w zamian za ochronę twojego złota? –
ciągnął Mroczny Elf, bawiąc się pustym kieliszkiem.
-
Tak. To była dobra inwestycja. I tak bogaciłem się dość szybko, by dogodzić i
sobie, i jej. Nie dość, że jako elf żyję stosunkowo długo, to mój dar dał mi
pewność, że zbyt szybko tego świata nie opuszczę.
-
To całkiem logiczne – zauważyła Hashin. – I jak ma na imię ta smoczyca? Gin?
-
Nie, Gin to zdrobnienie. Nazywa się Vishagin.
Zarówno
szamanka, jak i siedzący obok elf spojrzeli na Reya doszczętnie zszokowani.
Vishagin? To imię było im aż nazbyt znane. Ale dlaczego smoczyca Aarughi
zaakceptowała Reya? Takie rzeczy zdarzały się tylko wobec osób spokrewnionych z
Jeźdźcem, a pirat nie wydawał się w żadnym stopniu podobny do ich dawnego
towarzysza. Hashin i Maethorion spojrzeli na siebie w milczeniu, choć między
nimi wybuchła istna burza pytań. Krwawy Elf w tym czasie zmarszczył brwi,
patrząc na nich z niezrozumieniem.
-
Coś nie tak? – zapytał, obserwując to jedno, to drugie.
-
Nie, skądże – odpowiedziała elfka, zdobywając się na uśmiech. – Po prostu jej
imię brzmi bardzo podobnie do imienia smoczycy, którą znaliśmy – wyjaśniła na
tyle wiarygodnym tonem, że Rey chyba jej uwierzył, wracając do swojej
opowieści.
W
końcu jednak kapitan Zorzy Zmierzchu przeszedł do konkretów – po niemal
godzinie opowiadań, godnych najznamienitszych bajarzy. Okazało się, iż na
zapomnianej przez wielu marynarzy wyspie, zamieszkiwanej swoją drogą przez
bardzo ciekawą populację, Rey znalazł źródło młodości. Całkiem przypadkiem, jak
twierdził. Była to zwyczajna rzeka spływająca z gór do morza. Zbliżał się
wieczór i Krwawy Elf chciał odświeżyć się po długiej podróży w upałach, dlatego
też zanurzył ciało w przyjemnie chłodnym nurcie, nieświadom jego leczniczego
działania. Dopiero, gdy wyszedł na brzeg i spojrzał na swoje dłonie, uświadomił
sobie, jak cenny skarb przyszło mu znaleźć. Niemniej jednak położenie magicznej
rzeki pozostawił w tajemnicy, wiedząc, że jego załoga szybko rozniosłaby tę
nowinę po wszystkich portach, jakie zna cywilizacja, a to z kolei przyniosło
zagładę na dziewiczą wyspę.
-
Moim zdaniem słusznie zrobiłeś – powiedział Maethorion po chwili zastanowienia.
– Szkoda by było, żeby tą wyspę zaczęły nawiedzać rzesze istot
chcących się odmłodzić.
-
To prawda. Myślę, że żyjący tam ludzie będą szczęśliwsi bez stałych odwiedzin –
dodała Hashin.
-
Mnie również się tak wydaje, dlatego swojej załodze kazałem uwierzyć w
lecznicze działanie maści przygotowanej przez Zehis – odpowiedział Rey,
krzyżując ramiona na piersi.
Jego mina sugerowała, że jest z tego powodu
bardzo z siebie zadowolony.
-
Jak rozumieniem to jedna z twoich „towarzyszek życia”? – zapytała z przekąsem
szamanka, jako że pirat już wcześniej wspominał o tym, że na wyspie dziwnym
trafem mieszkają nieomal same kobiety.
-
Tak, jedna z pięciu. Dzięki nim mam przynajmniej liczną rodzinę – stwierdził
czerwonowłosy, na co reszta towarzystwa parsknęła śmiechem. – Nie rozumiem, co
w tym jest takiego śmiesznego… - mruknął zaraz z udawaną urazą, jednak po
chwili sam również się roześmiał i podniósł z miejsca. – No nic, zostawiam was,
ktoś musi nadzorować ostatnie przygotowania Zorzy do wypłynięcia w morze.
Bawcie się ładnie – dodał z wymownym uśmiechem, sprężystym krokiem opuszczając
salę.
Pozostawiona samym sobie para w pierwszej
chwili prychnęła zgodnie, zaraz spoglądając po sobie i znów wybuchając
serdecznym śmiechem. Opanowanie przyszło jednakże zaskakująco szybko. Hashin
wstrzymała na moment oddech i chwyciła siedzącego obok Maethoriona za ramię.
Jej źrenice rozszerzyły się gwałtownie, a twarz pobladła, gdy umysł zalała
niespodziewana wizja.
Jej
oczom ukazały się urywki zdarzeń, obrazy wyrwane z kontekstu, tak różne od
siebie, a jednak tworzące zgraną całość. Wpierw zobaczyła maskę, szczerozłotą,
spadającą z wysoka, powoli obracającą się wokół własnej osi. Oplatające ją w
pierwszej chwili sploty dziwnej materii gasły, tak samo jak żywy kolor, którym dotąd
płonęła. Zaraz potem przez jej myśli przewinęły się dziesiątki nieznanych jej
twarzy, wszystkie posiadające jedną cechę wspólną – lewe oko o złotej tęczówce.
Ale to było nic w porównaniu z tym, co przyszło później. Hashin zobaczyła
rozgorzałą bitwę, jednak nie mogła skojarzyć miejsca, w jakim trwała. Z resztą
to nie lokalizacja przykuła jej uwagę, a postać zdająca się stać w centrum
batalii – ognistowłosa, walcząca z zaciętością godną smoka, ze złotą maską na
twarzy. Nagle jednak punkt widzenia zmienił się i elfka zdawała się stać
naprzeciw mężczyzny, którego do tej pory obserwowała. Zza gorejącej złotem i
szkarłatem maski wpatrywała się w nią para gniewnych oczu, niemal emanujących
ogromną mocą zamkniętą w śmiertelnym ciele. Kiedy zaś nieznajomy sięgnął do
swojej twarzy i ściągnął zasłaniającą ją okrywę, Hashin gwałtownie zaczerpnęła
oddech, budząc się z letargu.
-
Bogowie… - szepnęła słabo, wciąż mając przed oczami swoją wizję.
W jej umyśle wciąż trwał obraz oblicza,
które tak niedawno oglądała.
-
Hashin? – odezwał się z niepokojem Maethorion, wpatrujący się w nią już od
dłuższego czasu. – Co widziałaś? – zapytał, doskonale zdając sobie sprawę z
tego, że przed jego przyjaciółką właśnie odsłonił się fragment przyszłości.
Kobieta
potrząsnęła słabo głową, zaraz chwiejnie podnosząc się z fotela. Mroczny Elf
przyszedł jej z pomocą, obejmując smukłą talię, by ją przytrzymać. Wiedział, że
szamanka potrzebuje chwili, żeby dojść do siebie.
-
Musimy wyruszyć do Armonathu[2] –
stwierdziła w końcu, patrząc przyjacielowi z powagą w oczy. – I to jak
najszybciej.