31 sierpnia 2011

Dziesięć rzeczy, które cieszy Lothandira cz.1


1.

            Zima w Rionie była cicha, spokojna i mroźna. Śniegowe płatki bezgłośnie sypały się z nieba, okrywając świat grubą, puchową kołdrą. Lothandir siedział w swoim apartamencie, na szerokim parapecie jednego z wysokich okien. Miał z tego miejsca doskonały widok na większą część Rionu, co cieszyło go przez znaczną część roku, ale szczególnie teraz. W przyozdobionej szronem szybie odbijała się postać maga – ryża czupryna jak zwykle okalała twarz niesfornymi, krętymi kosmykami, opadając lekko na zielone oczy. Niedopięta koszula w kolorze palonej sieny odsłaniała smukły tors, który zdobił niewielki, ochronny tatuaż usytuowany na lewej piersi. Tym razem rękawy Mistrza Sztuki Magicznej, skrupulatnie podciągnięte, sięgały ledwie ramion. I to nie bez powodu.
            Z pozoru spokojny mag również posiadał swoje dziwactwa. I to dość oryginalne. Jedno z nich wiązało się właśnie ze śniegiem, dlatego też szczególnie przepadał za zimą. Każdego roku, gdy tylko pierwsza, gruba warstwa białego puchu pokrywała Rion, Lothandir siadał w oknie swojej sypialni i uważnie obserwował przechodzące pod nim elfy. Los chciał, że apartamenty ryżego Mistrza znajdowały się niewiele poniżej koron, rosnącego w korzeniach Królewskiego Dębu, lasu. Dzięki temu, samemu będąc niezauważonym, bezkarnie strząsał śnieg z rozłożystych gałęzi, wprost na niczego niepodejrzewających przechodniów, używając do tego prostego zaklęcia.
            Tak było i tego dnia. Lothandir z entuzjazmem nastoletniego psotnika wypatrywał swej pierwszej ofiary. Nie musiał długo czekać. Na ścieżce przebiegającej tuż pod oknami apartamentów  pojawił się, opatulony szczelnie grafitowym płaszczem, Mroczny Elf. Mag uśmiechnął się radośnie dostrzegając, iż jest to nikt inny, jak jego młody znajomy, Maethorion. Smukłe dłonie zatarły złowróżbnie, a zaledwie moment później Leśny Elf wycelował palcami w stronę jednej z bardziej rozbudowanych gałęzi. Miękki ruch nadgarstka wystarczył, by niewidzialna siła wprawnie strąciła śnieżną zaspę, wprost na barki niczemu winnego Maetha. Zaskoczony młodzieniec nie miał szans uskoczyć przed tą miniaturową lawiną, dlatego ciężar śniegu z łatwością zwalił go z nóg. Radosny śmiech wypełnił komnaty Lothandira, a sam mag, klaszcząc w dłonie, zaczął wypatrywać kolejnej ofiary swoich psot.
            I tym razem wystarczyła chwila uwagi, by dostrzec następną, zbliżającą się postać. Burza złotych loków pozwoliła z łatwością odgadnąć tożsamość tej osoby. Była to Aleeica, Jeźdźczyni Niebieskiej Smoczycy Inegoi’chi. Lothandir nawet nie zastanawiał się, czy elfka była akurat zjednana ze swoim smokiem, czy nie. Wystarczyła chwila, by znalazł kolejne kilka gałęzi, z których zaraz zrzucił nadmiar zalegającego nań śniegu. Jeźdźczyni, na złość magowi, wyczuła podstęp i odskoczyła zwinnie w tył. Zaraz potem przeniosła bystre i dodatkowo zirytowane spojrzenie wprost na siedzącego w oknie Lothandira. Ryży Mistrz Sztuki Magicznej ze zwinnością godną spłoszonej łani zeskoczył z parapetu, chowając się pod nim.
            - Ups – mruknął do siebie, chichocząc pod nosem. – Chyba wpadłem…

Ad.1. Lothandir uwielbia śnieg.

            Był środek lata. Lothandir wracał właśnie z zajęć terenowych, prowadzonych z jedną z bardziej zaawansowanych grup swoich uczniów. Popołudnie zapowiadało się bardzo przyjemnie. Słońce przeświecało radośnie przez gęste, soczyście zielone korony drzew, ptaki cieszyły uszy słodkimi trelami i wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Do czasu.
            Jedyną anomalią, jaką mag zdążył zauważyć, było kilka zimnych kropel spadających z nieba, mimo bezchmurnego błękitu nad jego głową. I może dlatego nie dostrzegł nic poza tym. Przynajmniej z początku. Bowiem dosłownie kilka uderzeń serca później na Lyen Akre[1] spadła, nie mniej, nie więcej, hałda śniegu. Zaskoczony mag potrzebował kilku chwil zanim zdołał się z niej wygrzebać, drżąc z zimna. Spojrzał w niebo i zdziwił się jeszcze bardziej. Otóż nad polaną, na której się znajdował, krążył smok. I to nie byle jaki smok. Była to Niebieska Smoczyca Inegoi’chi. Cóż, widać Aleeica postanowiła dość oryginalnie odwdzięczyć się za próbę zrzucenia na nią śniegu z drzew pod Królewskim Dębem. Nie ma co, poczucie humoru miała bardzo specyficzne…

Ad.1.1 Lothandir uwielbia śnieg. Ale nie w nadmiarze.



[1] Lyen Akre – (z języka autorskiego) Mistrz Sztuki Magicznej

Najtrudniejszy dzień Kaque by Shinju

    Mistrz Lothandir od rana studiował znalezioną w bibliotece starą księgę magiczną, co jakiś czas zerkając na swoją uczennicę. Hashin była tak niekłopotliwą podopieczną. Wystarczyło dać jej książkę i potrafiła zając się sobą, w rezultacie Lothandir mógł spokojnie studiować swoje nowe znalezisko. Westchnął z zadowoleniem przekładając kolejną stronę.
    I wówczas, drzwi do pracowni ryżego maga otworzyły się z hukiem. Rudy elf podniósł z zaciekawieniem głowę, rozpoznając impet, z jakim skrzydło uderzyło o ścianę i stukot podkutych butów, kilku równych, szybkich kroków. Po chwili jednak zadźwięczała klamka, dało się słyszeć zduszone charknięcie i głośny łomot. Lothi spojrzał zaskoczony na niemniej zaskoczoną Hashin. Po chwili oboje się zerwali ze swych krzeseł, wyminęli kilka wysokich półek na książki i stanęli w osłupieniu.
    Mistrz Kaque podnosił się do siadu, oglądając się ze złością na swoją pelerynę, która złośliwie zaczepiła się o klamkę drzwi. Elf rozmasował krtań i odchrząknął, po czym jego spojrzenie padło na przybyłą dwójkę. Otworzył właśnie usta żeby coś powiedzieć, gdy nagle trwający w szoku Lothandir, odwrócił się, dyskretnie zasłaniając usta i chichocząc z rozbawieniem.
    Jakiś czas później ryży mag, po przeproszeniu Kaque i zapewnieniu, że nie będzie opowiadał o tym incydencie, próbował znaleźć rozwiązanie problemu, z jakim przyszła do niego Alaien. Mistrzyni Sztuki Kontrwywiadu właśnie mu podziękowała, za zajęcie się jej sprawą i odwróciła się by wyjść. Wtedy drzwi otworzyły się ze znajomym impetem. Kaque zrobił kilka kroków, stukając swymi podkutymi butami i znów zacharczał, gdy jego peleryna zahaczyła się o klamkę. Tym razem jednak szaman nie został pociągnięty w tył. Sprzączka płaszcza rozpięła się przy takim przeciążeniu z cichym brzęknięciem i Mistrz Sztuki Szamańskiej runął do przodu. Jego twarz znalazła się między okazałym biustem zaskoczonej elfki, po czym, gdy Alaien padła w tył, przeważona ciężarem mężczyzny, oblicze oszołomionego szamana zsunęło się wzdłuż skórzanego gorsetu i znalazło na łonie kobiety. Cała trójka zastygła w milczeniu i bezruchu, zbyt zszokowana całym zajściem.
    Nagle Kaque podniósł się patrząc przepraszająco i zarazem z zakłopotaniem na Mroczną Elfkę. Już miał coś powiedzieć, prawdopodobnie przeprosić i zapewnić ją, że nie zamierzał stawiać jej w tak kłopotliwej sytuacji, gdy jej ręka wystrzeliła w górę, obijając mu szczękę. Szaman zatoczył się w tył i wtedy został poczęstowany jeszcze kopniakiem w brzuch, który odrzucił go spory kawałek od poszkodowanej.
    Lothandir chwilę przyglądał się nieruchomej postaci przyjaciela rozpłaszczonej na posadzce pod ścianą. Powoli podszedł do niego ostrożnie. Przycupnął i trącił ciało palcem.
    - Zdechłeś? – zapytał, znów go trącając palcem. - Może okładzik? – dodał pomocnie, widząc jak ponure spojrzenie szamana przenosi się na niego.