3 listopada 2011

Rozdział I "Wyprawa: pierwszy krok"


Hashin posłusznie szła za swoim mentorem, pokonując w milczeniu kolejne zakręty i schody. Tuż za nią nogi wyciągał Mistrz Lothandir, a na końcu, z dumnie uniesionymi głowami kroczyli Maethorion z ojcem. Słońce kładło świetliste cienie na gładkie ściany, gdy korowód stanął przed misternie zdobionymi drzwiami Sali Audiencyjnej.
- Zdenerwowana? – zapytał mag, nachylając się do dziewczynki, która jedynie skinęła głową, drobiąc niespokojnie w miejscu. – Niepotrzebnie. Król Rheänor nie gryzie – wyszeptał z uśmiechem, kładąc dłoń ja jej smukłym ramieniu.
Uśmiechnęła się blado w odpowiedzi i nieśmiało zacisnęła palce na dłoni Mistrza Kaque. Szaman spojrzał na nią z góry i posłał krzepiący uśmiech, po czym skinął na gwardzistów, by otworzyli wierzeje.
Oczom Hashin ukazała się ogromna sala zalana blaskiem słońca. Cała była częścią Królewskiego Dębu, sycąc wzrok finezyjnymi zdobieniami i piękną, szlachetną barwą. Na samym końcu, pod wysokimi oknami, znajdowało się podwyższenie, a na nim trzy trony – największy i bardzo bogato zdobiony, należący do króla, oraz dwa skromniejsze dla królowej i dziedzica korony. Zasiadające na nich osoby całkowicie zniknęły w złotych promieniach padających do środka przez, zdobione na krawędziach witrażami, szyby. Dziewczynka zauważyła, że w pomieszczeniu znajduje się spory tłum. Cała grupa ruszyła równo do przodu. Hashin zerknęła na Maethoriona. Chłopiec uniósł dumnie głowę i, uśmiechając się łobuzersko, mierzył wzrokiem mijane postacie. Wiele twarzy było znajomych.
Piątka spóźnionych przystanęła pod podwyższeniem. Kaque, Lothandir i Metheron ukłonili się nisko dokładnie w tym samym momencie, jakby stanowili jeden organizm. Hashin i młody Mroczny Elf szybko poszli w ich ślady.
- Mistrzu Kaque, Mistrzu Lothandirze, Metheronie, cieszę się, że do nas dołączyliście – rozległ się łagodny, melodyjny głos.
- Jesteśmy zawsze do twoich usług, panie – odezwał się ojciec Maethoriona, podnosząc wzrok.
- Dziękuję, przyjacielu. Proszę, usiądźcie.
Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, postać siedząca na środkowym tronie wstała, robiąc dwa kroki do przodu. Hashin mogła się teraz dokładnie przyjrzeć władcy Rionu. Był wysoki i smukły, poruszał się z gracją, niczym kot, a całą jego postać otaczała aura dostojeństwa. Rysy twarzy miał łagodne i harmonijne, okolone długimi, jasnymi włosami, opadającymi miękko na ramiona, na których spoczywał misternie wykonany, złoty diadem. Pierś okalała jedwabna, błękitna tunika, wyszywana złotymi nićmi. Najbardziej zadziwiające jednak były jego oczy – wyglądały, jak zrobione z masy perłowej – bezkresne, zdające się wwiercać w duszę.
- Teraz, gdy już jesteśmy wszyscy, pozwólcie, że przedstawię wam naszych gości – zabrał znów głos król, wskazując dłonią dwie postacie w jasnych szatach, siedzące nieco z boku. – Oto wysłannicy z Cytadeli Światła, kapłani Białego Ognia, których zakon często służył nam pomocą.
Hashin zdziwił fakt, że król sam przedstawia swoich gości. Mimo, iż pierwszy raz była na audiencji, coś jej mówiło, że nie tak to powinno wyglądać. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, więc i ona przestała się przejmować. Wskazani mężczyźni wstali i ukłonili się zebranym. Jeden z nich okazał się młodym, wysokim mężczyzną o krótkich, płowych włosach i pogodnym spojrzeniu. Jego ogorzałą od słońca twarz pokrywały skomplikowane, srebrzyste tatuaże o kolistych kształtach, przecinające się w wielu miejscach. Ubrany był w kremową togę, na której widniały białe wzory, bardzo podobne do tych na twarzy. Pomimo młodego wieku w dłoni trzymał laskę z bardzo jasnego drewna, prostą, dość skromną. Towarzyszył mu, niemal równy wzrostem, ciemnoskóry kapłan w ciemniejszych szatach, o uważnym, badawczym spojrzeniu. Tatuaże pokrywały tylko jedną stronę jego twarzy.
- Dziękujemy za miłe przyjęcie, królu Rheänorze – odezwał się jasnowłosy mężczyzna, kłaniając nisko władcy Rionu. – Nazywam się Ŷkara i jestem Arcykapłanem Zakonu Białego Ognia. Towarzyszy mi mój dobry przyjaciel i doradca, kapłan Sizirëi – wskazał swego towarzysza, który również skłonił się w pas. – Tak, jak to bywało przed wiekami, gdy nowo wybrani arcykapłani odwiedzali postronne królestwa, tak teraz ja, obejmując swój urząd przybywam do ciebie, mój panie, złożyć hołd i zapewnić o wciąż trwającej przyjaźni pomiędzy twym państwem a Cytadelą Światła. Wciąż gotowi jesteśmy służyć ci dobrą radą w każdej sytuacji.
Król podszedł do niego z uśmiechem i ułożył dłonie na jego ramionach.
- Niezwykle cieszą mnie twoje słowa, przyjacielu i gratuluję objęcia tak zacnej funkcji. I to w jak młodym wieku! O ile dobrze pamiętam, twój poprzednik, w chwili wybrania na arcykapłana, mógłby się nazwać twoim ojcem – Rheänor roześmiał się serdecznie. – Proszę, czujcie się, jak u siebie i pozwólcie, że przedstawię wam naszą chlubę tak, jak to się działo od wieków, gdy arcykapłani odwiedzali Rion – to powiedziawszy wskazał gościom dwa wyściełane krzesła, ustawione nieopodal tronów i sam zajął swoje miejsce.
Na środek zaczęli wychodzić mistrzowie wszystkich cechów, wraz ze swoimi najzdolniejszymi studentami, chwaląc się umiejętnościami i osiągnięciami. Po kilkunastu pokazach przyszła kolej również na Mistrza Lothandira. Jego najlepszą uczennicą okazała się młoda, temperamentna demonica imieniem Yjiki. Była w wieku Maethoriona, lecz to jej nie przeszkodziło w opanowaniu do perfekcji polimorfii i iluzji. Potrafiła zmienić się w ptaka i stworzyć marę smoka w tym samym czasie. Goście, jak i wszyscy zgromadzeni byli wręcz zachwyceni pokazem, choć całkiem wyczerpał on jej siły, a mentor zmiennokształtnej wręcz pęczniał z dumy. Hashin bardzo zazdrościła Yjiki zdolności. Poza tym, demonica była tak pewna siebie, jak mała szamanka nigdy by nie potrafiła. Przyszedł również czas na Mistrza Kaque i jego jedyną uczennicę. Szaman przedstawił swoją podopieczną i opowiedział dokładnie, do czego jest zdolna, ile się nauczyła i w jakim czasie.
- Rozmawiasz ze zmarłymi, Hashin? – zainteresował się Arcykapłan.
Dziewczynka przez chwilę patrzyła w jego jasnoniebieskie oczy, kryjąc się za połami płaszcza swojego mentora i w końcu skinęła głową.
- Rozmawiam tylko z tymi, którzy pozostali. Żeby porozumieć się z kimś, kto przeszedł już na drugą stronę, muszę go wcześniej przywołać… – odpowiedziała cicho.
- Fascynujące – szepnął Ŷkara. – A mogłabyś porozmawiać z moim poprzednikiem?
- Myrÿndir jest już w Zaświatach.
Kaque spojrzał na Hashin oniemiały. Nigdy nie wspominał starego arcykapłana, nie wypowiedział jego imienia. Skąd ona je znała? Zmarł przecież dwa lata przed jej pojawieniem się w Rionie…
- Więc musiałabyś go przywołać?
Mała szamanka już miała odpowiedzieć, lecz ledwo nabrała powietrza w płuca, gdy odezwał się jej mistrz:
- Mój panie, Hashin uczy się od niedawna, nie jest jeszcze gotowa na przywołanie ducha, szczególnie tak potężnego. Poza tym, wybacz, lecz nie godzi się zakłócać spokoju zmarłych bez naprawdę ważnego powodu – powiedział szybko, robiąc krok do przodu.
- Och, rozumiem – Arcykapłan zasmucił się lekko, lecz po chwili jego twarz znów się rozpogodziła. ­– Wybaczcie mi nietakt.
- To nie był nietakt – wtrąciła dziewczynka. – Nazwałabym to raczej brakiem dostatecznych informacji. Poza tym, kto pyta, nie błądzi – powiedziała spokojnie, odzyskując animusz.
- Trafne spostrzeżenie… – odparł powoli Ŷkara, jakby ważąc słowa.
Hashin zmarszczyła lekko złote brwi. Kapłan Sizirëi patrzył na nią beznamiętnie, władca Rionu z czymś na kształt współczucia, Arcykapłan niepewnie. Z lękiem podniosła wzrok na Mistrza Kaque. Jego twarz wyrażała zmieszanie i… wstyd.
Wtedy zrozumiała – to ona popełniła nietakt, w dodatku przed samym królem. Powinna była siedzieć cicho, nie wolno jej było się odezwać, szczególnie w taki sposób. Zarumieniła się z przerażeniem i na powrót skryła twarz w połach płaszcza swojego mentora.
- Najjaśniejszy panie, jeśli pozwolisz, oddalimy się – odezwał się po chwili szaman, marszcząc mocno brwi i starając się nie zaciskać pięści, za to mięśnie jego szczęki uwydatniły się nagle.
Król jedynie skinął głową. Hashin ze łzami wstydu w oczach podreptała za swym opiekunem. Wolała nawet nie myśleć, jak czuł się mężczyzna idący przed nią.

       - Hashin, słuchasz mnie? – zniecierpliwił się Maethorion, przerywając przygotowywanie listy rzeczy potrzebnych im do podróży.
Szamanka zamrugała parokrotnie, wyrwana z rozmyśleń i spojrzała z niezrozumieniem na przyjaciela. Mroczny Elf westchnął tylko, kręcąc głową.
       - O czym tak rozmyślasz? – zapytał już łagodniej, siadając obok na łóżku.
       - Przypomniały mi się czasy naszego dzieciństwa – przyznała, przenosząc wzrok na najbliższe okno.
Rosnące pod nim drzewo wyciągało rozłożyste gałęzie do przejrzystego nieba, a soczyście zielone liście szeleściły cicho na wietrze.
       - Tamten dzień, w którym Rion odwiedził Arcykapłan – ciągnęła po chwili milczenia. – Jestem ciekawa, kim jest obecny – dodała, zwracając zielone oczy na Maetha.
       - Nie pozostaje nam nic innego, jak dotrzeć tam i się przekonać – odpowiedział mężczyzna, uśmiechając się kątem ust.
       - Wolałabym nie brać ze sobą Reya – mruknęła Hashin, obejmując swoje ramiona. – Nie chcę niczego przyspieszać.
       - Obawiam się, że nie mamy innego wyjścia. Zorza Zmierzchu wciąż stoi w porcie, a nie mamy pewności, czy w najbliższym czasie zawinie tu jakiś inny statek i czy akurat będzie płynął na Stary Kontynent. Stara biblioteka nie powinna go interesować, więc może zostanie na statku.
       - Przez parę tygodni? – elfka spojrzała na niego z powątpiewaniem. – Umrze tam z nudów.
       - Naprawdę sądzisz, że może być reinkarnacją Pierwszego?
       - Jeśli mam być szczera, trudno mi w to wszystko uwierzyć. Ale to właśnie jego widziałam w swojej wizji. To on nosił maskę As’Ormi. W dodatku te wszystkie twarze… każda z nich posiadała złotą tęczówkę. Zawsze lewą. Rey również taką ma.
       - I miał ją Aarugha.
       - To by mogło wyjaśniać, dlaczego znalazł Vishagin. Smok i Jeździec zawsze się odnajdą. A oni byli dość specyficzną parą, czemu więc ich więź nie miałaby przetrwać śmierci jednego z nich? – zauważyła szamanka. – Poza tym, gdy Aarugha wyciągnął mnie z rąk barbarzyńców, Leśne Wyrocznie[1] nazwały go Zapomnianym.
       - Wciąż to pamiętasz? – zdziwił się An’Sharr[2].
Kobieta uśmiechnęła się mimowolnie.
       - Wiesz, mój drogi, ja mimo wszystko mam całkiem dobrą pamięć.
       - Myślałem, że wyrzuciłaś to z umysłu.
       - Nie, nigdy niczego nie wyrzuciłam z pamięci. Uwielbiam zachowywać rzeczy, o których zapominają inni.
       - Tak? Co na przykład? – zainteresował się Maethorion, rozsiadając wygodniej i opierając plecami o jedną z kolumienek łóżka podtrzymujących baldachim.
       - Na przykład to, że jako dziecko nienawidziłeś warzyw.
       - Naprawdę?
       - Tak, w stołówce niesamowicie się krzywiłeś do sałatek.
       - No dobrze. Coś jeszcze?
       - Pamiętam też zimowe zabawy Mistrza Lothandira.
Elf skrzywił się mimowolnie, pamiętając jak dziś ogromną śnieżną zaspę, jaka spadła na niego z drzew rosnących pod zamkiem za sprawą ryżego maga.
       - Ja również. Aż za dobrze – mruknął.
       - Brakuje mi ich – stwierdziła nagle Hashin, opuszczając głowę. – Mistrza Kaque, Lothandira, Roana i całej reszty…
Maethorion przysunął się do niej i objął ramieniem jej talię, muskając wargami miękkie, jasne włosy.
       - Mnie też ich brakuje. Ale taka już kolei Losu. Nie mogliśmy nic poradzić na to, co się stało – wymruczał, starając się ją pocieszyć.
Szamanka oparła się o niego, przymykając powieki.
       - Wiem o tym – odparła cicho, nakrywając dłońmi obejmujące je ręce przyjaciela. – Ale i tak wciąż za nimi tęsknię. Mimo iż tak naprawdę ciągle mam ich obok.
       - Lothandira i Kaque?
       - Tak. Nie opuścili mnie przez te sześćset lat. Nieustannie trwają u mojego boku, mimo iż dawno mogli odejść do Zaświatów.
       Mroczny Elf jedynie odetchnął głębiej, opierając policzek o skroń Hashin. I on ich wyczuwał. Nawet teraz. Ale tylko zielonooka elfa czuła dotyk znajomej dłoni na policzku, pokrzepiający uścisk wokół ramion. Gdy zamknęła powieki jej dar pozwalał zobaczyć eteryczne sylwetki stojące obok. Wiedziała, że jej nie opuszczą, dopóki nie nadejdzie czas by zrzuciła śmiertelną powłokę. Że tak, jak ona wyczekują spotkania w Zaświatach. Że też tęsknią. Że wciąż ją kochają. Westchnęła cicho, oddając się w ramiona swoich opiekuńczych duchów. I mimo iż czuła cień dotyku, tęskniła za ciepłem ich dłoni, blaskiem oczu, dźwiękiem ich głosów. Każdy z nich był dla niej ważny. Każdego na swój sposób kochała. Jeden wychował ją, jak córkę, drugi uczynił kobietą. I to z powodu ich śmierci mało sama nie skonała z rozpaczy, gdy jej serce pękało na miliony kawałków.
       Zadrżała delikatnie, czując chłodne muśnięcie na policzku.
       - Nie opuścimy cię, Hashin – usłyszała ciepły, męski głos. – Zawsze możesz na nas liczyć.
Uśmiechnęła się subtelnie. Lothandir nigdy nie stronił od kontaktu, nawet, gdy jego ciało spłonęło na pogrzebowym stosie. Czuła, że Kaque stoi obok, patrząc na nią ze swoją zwyczajową troską pobłyskującą na dnie wrzosowych tęczówek i wiedziała, że zgadza się ze słowami towarzysza. Podniesiona na duchu uchyliła powieki i pewniej wtuliła się w tors Maethoriona.
       - Na pewno wszystko się ułoży – powiedziała cicho, spoglądając w okno, gdzie wieczorne zorze barwiły horyzont pięknymi oranżami. – Co ma być, to będzie.

***

       Przygotowanie się do podróży zajęło im następne trzy dni. Zgromadzili prowiant, spakowali potrzebne rzeczy i weszli na pokład Zorzy Zmierzchu tuż przed świtem. Minęło sporo czasu, odkąd Hashin stąpała po tych deskach ostatni raz. Sam statek nie zmienił się bardzo, w przeciwieństwie do załogi. Jednak czemuż się dziwić? Piractwo bywa ryzykowne, więc Rey zapewne często prowadził nabór na zwolnione miejsca. Mimo iż postój w Porcie Północnych Wiatrów trwał dwa dni dłużej, niż zazwyczaj i każdy z marynarzy zdołał już zaspokoić, choć po części, swoje żądze, na widok kobiety wciąż reagowali tak samo. Tym bardziej, gdy wchodziła na ich statek. Sugestywne gwizdy i niewybredne komentarze zasypały szamankę, gdy tylko pokonała trap.
       - Hej, Laluniu! – rzucił ktoś z rei, zaraz potem gwiżdżąc przeciągle.
       - Maleńka, nauczyć cię stawiać żagle? – zawołał inny, zanosząc się śmiechem.
       - Chodź do nas, nie pożałujesz!
Hashin przewróciła z politowaniem oczami, zatrzymując się pomiędzy masztami, na środku pokładu.
       - Biedacy, nie wiedzą, z kim mają do czynienia – mruknął z rozbawieniem Maethorion, idąc obok.
Elfka uśmiechnęła się kątem ust.
       - W takim razie chyba powinnam ich nieco oświecić – stwierdziła spokojnie, w następnej chwili mocno uderzyła kosturem o deski Zorzy.
Magiczna fala rozeszła się po całym statku, zwalając z nóg większą część marynarzy i tym samym wywołując wśród nich spore zdziwienie. Maethorion pokręcił z rozbawieniem głową – nie ma to, jak mały pokaz siły na sam początek.
       - Panowie – odezwała się szamanka, podchodząc wolnym krokiem do znajdującej się nieopodal grupki piratów. – Tak się składa, że przez najbliższy czas będziecie mieli przyjemność żeglować w moim towarzystwie. Dlatego wyjaśnijmy sobie parę spraw – o dziwo, wśród zebranych panowała cisza nie mniejsza, niż gdyby przemawiał do nich sam kapitan. – Podczas trwania tego rejsu nie życzę sobie komentarzy w typie tych, którymi zaszczyciliście mnie chwilę temu. Tym bardziej nie życzę sobie, by którykolwiek z was choćby pomyślał, o dotknięciu mnie. Nie jestem z typu kobiet, które nie potrafią o siebie zadbać. Nie jestem też z takich, które potrafią jedynie głośno protestować, gdy ktoś się do nich dobiera. A o postrzeganiu mnie, jako portowej dziwki już zupełnie nie ma mowy – elfka spokojnie przechadzała się po pokładzie, mierząc mijanych marynarzy nieco rozbawionym spojrzeniem. – Mówiąc w skrócie – macie mnie traktować z szacunkiem.
       - A co, jeśli nie będziemy chcieli się do tego zastosować? – zapytał Krwawy Elf, do złudzenia przypominający z rysów twarzy samego Reya Upiora, wychodząc spomiędzy szeregów załogi.
       - Wówczas będziecie o suchym pysku tak długo, aż nie wyzdychacie – odezwał się twardy głos od strony trapu. – Ewentualnie mogę karać nieposłuszeństwo bardziej tradycyjnie i wieszać delikwentów na rei.
       Wszyscy, jak jeden mąż spojrzeli w tamtym kierunku. Rey Upiór wszedł spokojnym, nonszalanckim krokiem na pokład, zatrzymując się pomiędzy Hashin a swoim młodszym bratem, Shane’em. Zmierzył swojego pierwszego oficera uważnym spojrzeniem szkarłatnej tęczówki, przez chwilę mierząc się z nim wzrokiem, a w końcu zwrócił się do reszty załogi:
       - Hashin i Maethorion są moimi osobistymi gośćmi, dlatego mają być odpowiednio traktowani – zastrzegł.
Nie musiał podnosić głosu. Na statku panowała idealna cisza, jak za starych, dobrych lat, co szkarłatnowłosy elf powitał z zadowoleniem.
       - Czy wyraziłem się jasno? – zapytał jeszcze dla pewności.
Odpowiedź padła natychmiast.
       - Ay, kapitanie!
Rey uśmiechnął się kątem ust, zaraz potem podnosząc głos:
       - Dosyć gadania, ruszać się, panienki! Stawiać żagle!
       Cała załoga bez ociągania zabrała się do pracy, rzetelnie wykonując wszelkie polecenia. Bosman i pierwszy oficer uważnie pilnowali, by wszystko szło sprawnie, a Rey w tym czasie zaprowadził przyjaciół do kajuty oficerskiej, którą mieli zajmować podczas rejsu. Niestety nie było mowy o tym, by Hashin i Maethorion mieli osobne lokum – Zorza Zmierzchu była spora, jak na galeon, jednak nie posiadała osobnych kajut dla gości. Na szczęście im to wcale nie przeszkadzało. Elfka podejrzewała, że na każdym innym statku dostaliby hamak w ładowni, więc mogli śmiało powiedzieć, że Rey zapewnił im najwyższe luksusy w podróży.
       Stojąc przy oknach rufowych we trójkę obserwowali, jak Port Północnych Wiatrów znika w oddali. Hashin czuła, że to będzie ciężka podróż, szczególnie, że sam Rey wciąż jeszcze nie został wtajemniczony w jej szczegóły. Na szczęście na razie wydawał się wystarczająco zaabsorbowany ponownym wypłynięciem w morze, by chwilowo o tym nie pamiętać. Było jednak jasne, że któregoś dnia zażąda wyjaśnień i szamanka miała nadzieję, że uda jej się wszystko dyplomatycznie przeprowadzić i nie zdradzić czegoś, czego później mogłaby żałować.


[1] Leśne Wyrocznie – (inaczej Ciche Wieszczki) twory boga lasu, Jahra; więcej na podstronie „Alfabetycznie”.
[2] An’Sharr – (z języka autorskiego) Mroczny Elf.


____________________________
Przyznam szczerze, pojechałam w tym rozdziale... Fragment z Lothandirem i Kaque wyszedł dość kiczowo i ckliwie, ale nie miałam pojęcia, jak to zmienić, żeby było bardziej znośnie. Więc zostało tak, o. I łaskawie proszę swoich stałych czytelników o nie bicie mnie za wyżej wymienioną dwójkę.