3 listopada 2011

Rozdział I "Wyprawa: pierwszy krok"


Hashin posłusznie szła za swoim mentorem, pokonując w milczeniu kolejne zakręty i schody. Tuż za nią nogi wyciągał Mistrz Lothandir, a na końcu, z dumnie uniesionymi głowami kroczyli Maethorion z ojcem. Słońce kładło świetliste cienie na gładkie ściany, gdy korowód stanął przed misternie zdobionymi drzwiami Sali Audiencyjnej.
- Zdenerwowana? – zapytał mag, nachylając się do dziewczynki, która jedynie skinęła głową, drobiąc niespokojnie w miejscu. – Niepotrzebnie. Król Rheänor nie gryzie – wyszeptał z uśmiechem, kładąc dłoń ja jej smukłym ramieniu.
Uśmiechnęła się blado w odpowiedzi i nieśmiało zacisnęła palce na dłoni Mistrza Kaque. Szaman spojrzał na nią z góry i posłał krzepiący uśmiech, po czym skinął na gwardzistów, by otworzyli wierzeje.
Oczom Hashin ukazała się ogromna sala zalana blaskiem słońca. Cała była częścią Królewskiego Dębu, sycąc wzrok finezyjnymi zdobieniami i piękną, szlachetną barwą. Na samym końcu, pod wysokimi oknami, znajdowało się podwyższenie, a na nim trzy trony – największy i bardzo bogato zdobiony, należący do króla, oraz dwa skromniejsze dla królowej i dziedzica korony. Zasiadające na nich osoby całkowicie zniknęły w złotych promieniach padających do środka przez, zdobione na krawędziach witrażami, szyby. Dziewczynka zauważyła, że w pomieszczeniu znajduje się spory tłum. Cała grupa ruszyła równo do przodu. Hashin zerknęła na Maethoriona. Chłopiec uniósł dumnie głowę i, uśmiechając się łobuzersko, mierzył wzrokiem mijane postacie. Wiele twarzy było znajomych.
Piątka spóźnionych przystanęła pod podwyższeniem. Kaque, Lothandir i Metheron ukłonili się nisko dokładnie w tym samym momencie, jakby stanowili jeden organizm. Hashin i młody Mroczny Elf szybko poszli w ich ślady.
- Mistrzu Kaque, Mistrzu Lothandirze, Metheronie, cieszę się, że do nas dołączyliście – rozległ się łagodny, melodyjny głos.
- Jesteśmy zawsze do twoich usług, panie – odezwał się ojciec Maethoriona, podnosząc wzrok.
- Dziękuję, przyjacielu. Proszę, usiądźcie.
Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, postać siedząca na środkowym tronie wstała, robiąc dwa kroki do przodu. Hashin mogła się teraz dokładnie przyjrzeć władcy Rionu. Był wysoki i smukły, poruszał się z gracją, niczym kot, a całą jego postać otaczała aura dostojeństwa. Rysy twarzy miał łagodne i harmonijne, okolone długimi, jasnymi włosami, opadającymi miękko na ramiona, na których spoczywał misternie wykonany, złoty diadem. Pierś okalała jedwabna, błękitna tunika, wyszywana złotymi nićmi. Najbardziej zadziwiające jednak były jego oczy – wyglądały, jak zrobione z masy perłowej – bezkresne, zdające się wwiercać w duszę.
- Teraz, gdy już jesteśmy wszyscy, pozwólcie, że przedstawię wam naszych gości – zabrał znów głos król, wskazując dłonią dwie postacie w jasnych szatach, siedzące nieco z boku. – Oto wysłannicy z Cytadeli Światła, kapłani Białego Ognia, których zakon często służył nam pomocą.
Hashin zdziwił fakt, że król sam przedstawia swoich gości. Mimo, iż pierwszy raz była na audiencji, coś jej mówiło, że nie tak to powinno wyglądać. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, więc i ona przestała się przejmować. Wskazani mężczyźni wstali i ukłonili się zebranym. Jeden z nich okazał się młodym, wysokim mężczyzną o krótkich, płowych włosach i pogodnym spojrzeniu. Jego ogorzałą od słońca twarz pokrywały skomplikowane, srebrzyste tatuaże o kolistych kształtach, przecinające się w wielu miejscach. Ubrany był w kremową togę, na której widniały białe wzory, bardzo podobne do tych na twarzy. Pomimo młodego wieku w dłoni trzymał laskę z bardzo jasnego drewna, prostą, dość skromną. Towarzyszył mu, niemal równy wzrostem, ciemnoskóry kapłan w ciemniejszych szatach, o uważnym, badawczym spojrzeniu. Tatuaże pokrywały tylko jedną stronę jego twarzy.
- Dziękujemy za miłe przyjęcie, królu Rheänorze – odezwał się jasnowłosy mężczyzna, kłaniając nisko władcy Rionu. – Nazywam się Ŷkara i jestem Arcykapłanem Zakonu Białego Ognia. Towarzyszy mi mój dobry przyjaciel i doradca, kapłan Sizirëi – wskazał swego towarzysza, który również skłonił się w pas. – Tak, jak to bywało przed wiekami, gdy nowo wybrani arcykapłani odwiedzali postronne królestwa, tak teraz ja, obejmując swój urząd przybywam do ciebie, mój panie, złożyć hołd i zapewnić o wciąż trwającej przyjaźni pomiędzy twym państwem a Cytadelą Światła. Wciąż gotowi jesteśmy służyć ci dobrą radą w każdej sytuacji.
Król podszedł do niego z uśmiechem i ułożył dłonie na jego ramionach.
- Niezwykle cieszą mnie twoje słowa, przyjacielu i gratuluję objęcia tak zacnej funkcji. I to w jak młodym wieku! O ile dobrze pamiętam, twój poprzednik, w chwili wybrania na arcykapłana, mógłby się nazwać twoim ojcem – Rheänor roześmiał się serdecznie. – Proszę, czujcie się, jak u siebie i pozwólcie, że przedstawię wam naszą chlubę tak, jak to się działo od wieków, gdy arcykapłani odwiedzali Rion – to powiedziawszy wskazał gościom dwa wyściełane krzesła, ustawione nieopodal tronów i sam zajął swoje miejsce.
Na środek zaczęli wychodzić mistrzowie wszystkich cechów, wraz ze swoimi najzdolniejszymi studentami, chwaląc się umiejętnościami i osiągnięciami. Po kilkunastu pokazach przyszła kolej również na Mistrza Lothandira. Jego najlepszą uczennicą okazała się młoda, temperamentna demonica imieniem Yjiki. Była w wieku Maethoriona, lecz to jej nie przeszkodziło w opanowaniu do perfekcji polimorfii i iluzji. Potrafiła zmienić się w ptaka i stworzyć marę smoka w tym samym czasie. Goście, jak i wszyscy zgromadzeni byli wręcz zachwyceni pokazem, choć całkiem wyczerpał on jej siły, a mentor zmiennokształtnej wręcz pęczniał z dumy. Hashin bardzo zazdrościła Yjiki zdolności. Poza tym, demonica była tak pewna siebie, jak mała szamanka nigdy by nie potrafiła. Przyszedł również czas na Mistrza Kaque i jego jedyną uczennicę. Szaman przedstawił swoją podopieczną i opowiedział dokładnie, do czego jest zdolna, ile się nauczyła i w jakim czasie.
- Rozmawiasz ze zmarłymi, Hashin? – zainteresował się Arcykapłan.
Dziewczynka przez chwilę patrzyła w jego jasnoniebieskie oczy, kryjąc się za połami płaszcza swojego mentora i w końcu skinęła głową.
- Rozmawiam tylko z tymi, którzy pozostali. Żeby porozumieć się z kimś, kto przeszedł już na drugą stronę, muszę go wcześniej przywołać… – odpowiedziała cicho.
- Fascynujące – szepnął Ŷkara. – A mogłabyś porozmawiać z moim poprzednikiem?
- Myrÿndir jest już w Zaświatach.
Kaque spojrzał na Hashin oniemiały. Nigdy nie wspominał starego arcykapłana, nie wypowiedział jego imienia. Skąd ona je znała? Zmarł przecież dwa lata przed jej pojawieniem się w Rionie…
- Więc musiałabyś go przywołać?
Mała szamanka już miała odpowiedzieć, lecz ledwo nabrała powietrza w płuca, gdy odezwał się jej mistrz:
- Mój panie, Hashin uczy się od niedawna, nie jest jeszcze gotowa na przywołanie ducha, szczególnie tak potężnego. Poza tym, wybacz, lecz nie godzi się zakłócać spokoju zmarłych bez naprawdę ważnego powodu – powiedział szybko, robiąc krok do przodu.
- Och, rozumiem – Arcykapłan zasmucił się lekko, lecz po chwili jego twarz znów się rozpogodziła. ­– Wybaczcie mi nietakt.
- To nie był nietakt – wtrąciła dziewczynka. – Nazwałabym to raczej brakiem dostatecznych informacji. Poza tym, kto pyta, nie błądzi – powiedziała spokojnie, odzyskując animusz.
- Trafne spostrzeżenie… – odparł powoli Ŷkara, jakby ważąc słowa.
Hashin zmarszczyła lekko złote brwi. Kapłan Sizirëi patrzył na nią beznamiętnie, władca Rionu z czymś na kształt współczucia, Arcykapłan niepewnie. Z lękiem podniosła wzrok na Mistrza Kaque. Jego twarz wyrażała zmieszanie i… wstyd.
Wtedy zrozumiała – to ona popełniła nietakt, w dodatku przed samym królem. Powinna była siedzieć cicho, nie wolno jej było się odezwać, szczególnie w taki sposób. Zarumieniła się z przerażeniem i na powrót skryła twarz w połach płaszcza swojego mentora.
- Najjaśniejszy panie, jeśli pozwolisz, oddalimy się – odezwał się po chwili szaman, marszcząc mocno brwi i starając się nie zaciskać pięści, za to mięśnie jego szczęki uwydatniły się nagle.
Król jedynie skinął głową. Hashin ze łzami wstydu w oczach podreptała za swym opiekunem. Wolała nawet nie myśleć, jak czuł się mężczyzna idący przed nią.

       - Hashin, słuchasz mnie? – zniecierpliwił się Maethorion, przerywając przygotowywanie listy rzeczy potrzebnych im do podróży.
Szamanka zamrugała parokrotnie, wyrwana z rozmyśleń i spojrzała z niezrozumieniem na przyjaciela. Mroczny Elf westchnął tylko, kręcąc głową.
       - O czym tak rozmyślasz? – zapytał już łagodniej, siadając obok na łóżku.
       - Przypomniały mi się czasy naszego dzieciństwa – przyznała, przenosząc wzrok na najbliższe okno.
Rosnące pod nim drzewo wyciągało rozłożyste gałęzie do przejrzystego nieba, a soczyście zielone liście szeleściły cicho na wietrze.
       - Tamten dzień, w którym Rion odwiedził Arcykapłan – ciągnęła po chwili milczenia. – Jestem ciekawa, kim jest obecny – dodała, zwracając zielone oczy na Maetha.
       - Nie pozostaje nam nic innego, jak dotrzeć tam i się przekonać – odpowiedział mężczyzna, uśmiechając się kątem ust.
       - Wolałabym nie brać ze sobą Reya – mruknęła Hashin, obejmując swoje ramiona. – Nie chcę niczego przyspieszać.
       - Obawiam się, że nie mamy innego wyjścia. Zorza Zmierzchu wciąż stoi w porcie, a nie mamy pewności, czy w najbliższym czasie zawinie tu jakiś inny statek i czy akurat będzie płynął na Stary Kontynent. Stara biblioteka nie powinna go interesować, więc może zostanie na statku.
       - Przez parę tygodni? – elfka spojrzała na niego z powątpiewaniem. – Umrze tam z nudów.
       - Naprawdę sądzisz, że może być reinkarnacją Pierwszego?
       - Jeśli mam być szczera, trudno mi w to wszystko uwierzyć. Ale to właśnie jego widziałam w swojej wizji. To on nosił maskę As’Ormi. W dodatku te wszystkie twarze… każda z nich posiadała złotą tęczówkę. Zawsze lewą. Rey również taką ma.
       - I miał ją Aarugha.
       - To by mogło wyjaśniać, dlaczego znalazł Vishagin. Smok i Jeździec zawsze się odnajdą. A oni byli dość specyficzną parą, czemu więc ich więź nie miałaby przetrwać śmierci jednego z nich? – zauważyła szamanka. – Poza tym, gdy Aarugha wyciągnął mnie z rąk barbarzyńców, Leśne Wyrocznie[1] nazwały go Zapomnianym.
       - Wciąż to pamiętasz? – zdziwił się An’Sharr[2].
Kobieta uśmiechnęła się mimowolnie.
       - Wiesz, mój drogi, ja mimo wszystko mam całkiem dobrą pamięć.
       - Myślałem, że wyrzuciłaś to z umysłu.
       - Nie, nigdy niczego nie wyrzuciłam z pamięci. Uwielbiam zachowywać rzeczy, o których zapominają inni.
       - Tak? Co na przykład? – zainteresował się Maethorion, rozsiadając wygodniej i opierając plecami o jedną z kolumienek łóżka podtrzymujących baldachim.
       - Na przykład to, że jako dziecko nienawidziłeś warzyw.
       - Naprawdę?
       - Tak, w stołówce niesamowicie się krzywiłeś do sałatek.
       - No dobrze. Coś jeszcze?
       - Pamiętam też zimowe zabawy Mistrza Lothandira.
Elf skrzywił się mimowolnie, pamiętając jak dziś ogromną śnieżną zaspę, jaka spadła na niego z drzew rosnących pod zamkiem za sprawą ryżego maga.
       - Ja również. Aż za dobrze – mruknął.
       - Brakuje mi ich – stwierdziła nagle Hashin, opuszczając głowę. – Mistrza Kaque, Lothandira, Roana i całej reszty…
Maethorion przysunął się do niej i objął ramieniem jej talię, muskając wargami miękkie, jasne włosy.
       - Mnie też ich brakuje. Ale taka już kolei Losu. Nie mogliśmy nic poradzić na to, co się stało – wymruczał, starając się ją pocieszyć.
Szamanka oparła się o niego, przymykając powieki.
       - Wiem o tym – odparła cicho, nakrywając dłońmi obejmujące je ręce przyjaciela. – Ale i tak wciąż za nimi tęsknię. Mimo iż tak naprawdę ciągle mam ich obok.
       - Lothandira i Kaque?
       - Tak. Nie opuścili mnie przez te sześćset lat. Nieustannie trwają u mojego boku, mimo iż dawno mogli odejść do Zaświatów.
       Mroczny Elf jedynie odetchnął głębiej, opierając policzek o skroń Hashin. I on ich wyczuwał. Nawet teraz. Ale tylko zielonooka elfa czuła dotyk znajomej dłoni na policzku, pokrzepiający uścisk wokół ramion. Gdy zamknęła powieki jej dar pozwalał zobaczyć eteryczne sylwetki stojące obok. Wiedziała, że jej nie opuszczą, dopóki nie nadejdzie czas by zrzuciła śmiertelną powłokę. Że tak, jak ona wyczekują spotkania w Zaświatach. Że też tęsknią. Że wciąż ją kochają. Westchnęła cicho, oddając się w ramiona swoich opiekuńczych duchów. I mimo iż czuła cień dotyku, tęskniła za ciepłem ich dłoni, blaskiem oczu, dźwiękiem ich głosów. Każdy z nich był dla niej ważny. Każdego na swój sposób kochała. Jeden wychował ją, jak córkę, drugi uczynił kobietą. I to z powodu ich śmierci mało sama nie skonała z rozpaczy, gdy jej serce pękało na miliony kawałków.
       Zadrżała delikatnie, czując chłodne muśnięcie na policzku.
       - Nie opuścimy cię, Hashin – usłyszała ciepły, męski głos. – Zawsze możesz na nas liczyć.
Uśmiechnęła się subtelnie. Lothandir nigdy nie stronił od kontaktu, nawet, gdy jego ciało spłonęło na pogrzebowym stosie. Czuła, że Kaque stoi obok, patrząc na nią ze swoją zwyczajową troską pobłyskującą na dnie wrzosowych tęczówek i wiedziała, że zgadza się ze słowami towarzysza. Podniesiona na duchu uchyliła powieki i pewniej wtuliła się w tors Maethoriona.
       - Na pewno wszystko się ułoży – powiedziała cicho, spoglądając w okno, gdzie wieczorne zorze barwiły horyzont pięknymi oranżami. – Co ma być, to będzie.

***

       Przygotowanie się do podróży zajęło im następne trzy dni. Zgromadzili prowiant, spakowali potrzebne rzeczy i weszli na pokład Zorzy Zmierzchu tuż przed świtem. Minęło sporo czasu, odkąd Hashin stąpała po tych deskach ostatni raz. Sam statek nie zmienił się bardzo, w przeciwieństwie do załogi. Jednak czemuż się dziwić? Piractwo bywa ryzykowne, więc Rey zapewne często prowadził nabór na zwolnione miejsca. Mimo iż postój w Porcie Północnych Wiatrów trwał dwa dni dłużej, niż zazwyczaj i każdy z marynarzy zdołał już zaspokoić, choć po części, swoje żądze, na widok kobiety wciąż reagowali tak samo. Tym bardziej, gdy wchodziła na ich statek. Sugestywne gwizdy i niewybredne komentarze zasypały szamankę, gdy tylko pokonała trap.
       - Hej, Laluniu! – rzucił ktoś z rei, zaraz potem gwiżdżąc przeciągle.
       - Maleńka, nauczyć cię stawiać żagle? – zawołał inny, zanosząc się śmiechem.
       - Chodź do nas, nie pożałujesz!
Hashin przewróciła z politowaniem oczami, zatrzymując się pomiędzy masztami, na środku pokładu.
       - Biedacy, nie wiedzą, z kim mają do czynienia – mruknął z rozbawieniem Maethorion, idąc obok.
Elfka uśmiechnęła się kątem ust.
       - W takim razie chyba powinnam ich nieco oświecić – stwierdziła spokojnie, w następnej chwili mocno uderzyła kosturem o deski Zorzy.
Magiczna fala rozeszła się po całym statku, zwalając z nóg większą część marynarzy i tym samym wywołując wśród nich spore zdziwienie. Maethorion pokręcił z rozbawieniem głową – nie ma to, jak mały pokaz siły na sam początek.
       - Panowie – odezwała się szamanka, podchodząc wolnym krokiem do znajdującej się nieopodal grupki piratów. – Tak się składa, że przez najbliższy czas będziecie mieli przyjemność żeglować w moim towarzystwie. Dlatego wyjaśnijmy sobie parę spraw – o dziwo, wśród zebranych panowała cisza nie mniejsza, niż gdyby przemawiał do nich sam kapitan. – Podczas trwania tego rejsu nie życzę sobie komentarzy w typie tych, którymi zaszczyciliście mnie chwilę temu. Tym bardziej nie życzę sobie, by którykolwiek z was choćby pomyślał, o dotknięciu mnie. Nie jestem z typu kobiet, które nie potrafią o siebie zadbać. Nie jestem też z takich, które potrafią jedynie głośno protestować, gdy ktoś się do nich dobiera. A o postrzeganiu mnie, jako portowej dziwki już zupełnie nie ma mowy – elfka spokojnie przechadzała się po pokładzie, mierząc mijanych marynarzy nieco rozbawionym spojrzeniem. – Mówiąc w skrócie – macie mnie traktować z szacunkiem.
       - A co, jeśli nie będziemy chcieli się do tego zastosować? – zapytał Krwawy Elf, do złudzenia przypominający z rysów twarzy samego Reya Upiora, wychodząc spomiędzy szeregów załogi.
       - Wówczas będziecie o suchym pysku tak długo, aż nie wyzdychacie – odezwał się twardy głos od strony trapu. – Ewentualnie mogę karać nieposłuszeństwo bardziej tradycyjnie i wieszać delikwentów na rei.
       Wszyscy, jak jeden mąż spojrzeli w tamtym kierunku. Rey Upiór wszedł spokojnym, nonszalanckim krokiem na pokład, zatrzymując się pomiędzy Hashin a swoim młodszym bratem, Shane’em. Zmierzył swojego pierwszego oficera uważnym spojrzeniem szkarłatnej tęczówki, przez chwilę mierząc się z nim wzrokiem, a w końcu zwrócił się do reszty załogi:
       - Hashin i Maethorion są moimi osobistymi gośćmi, dlatego mają być odpowiednio traktowani – zastrzegł.
Nie musiał podnosić głosu. Na statku panowała idealna cisza, jak za starych, dobrych lat, co szkarłatnowłosy elf powitał z zadowoleniem.
       - Czy wyraziłem się jasno? – zapytał jeszcze dla pewności.
Odpowiedź padła natychmiast.
       - Ay, kapitanie!
Rey uśmiechnął się kątem ust, zaraz potem podnosząc głos:
       - Dosyć gadania, ruszać się, panienki! Stawiać żagle!
       Cała załoga bez ociągania zabrała się do pracy, rzetelnie wykonując wszelkie polecenia. Bosman i pierwszy oficer uważnie pilnowali, by wszystko szło sprawnie, a Rey w tym czasie zaprowadził przyjaciół do kajuty oficerskiej, którą mieli zajmować podczas rejsu. Niestety nie było mowy o tym, by Hashin i Maethorion mieli osobne lokum – Zorza Zmierzchu była spora, jak na galeon, jednak nie posiadała osobnych kajut dla gości. Na szczęście im to wcale nie przeszkadzało. Elfka podejrzewała, że na każdym innym statku dostaliby hamak w ładowni, więc mogli śmiało powiedzieć, że Rey zapewnił im najwyższe luksusy w podróży.
       Stojąc przy oknach rufowych we trójkę obserwowali, jak Port Północnych Wiatrów znika w oddali. Hashin czuła, że to będzie ciężka podróż, szczególnie, że sam Rey wciąż jeszcze nie został wtajemniczony w jej szczegóły. Na szczęście na razie wydawał się wystarczająco zaabsorbowany ponownym wypłynięciem w morze, by chwilowo o tym nie pamiętać. Było jednak jasne, że któregoś dnia zażąda wyjaśnień i szamanka miała nadzieję, że uda jej się wszystko dyplomatycznie przeprowadzić i nie zdradzić czegoś, czego później mogłaby żałować.


[1] Leśne Wyrocznie – (inaczej Ciche Wieszczki) twory boga lasu, Jahra; więcej na podstronie „Alfabetycznie”.
[2] An’Sharr – (z języka autorskiego) Mroczny Elf.


____________________________
Przyznam szczerze, pojechałam w tym rozdziale... Fragment z Lothandirem i Kaque wyszedł dość kiczowo i ckliwie, ale nie miałam pojęcia, jak to zmienić, żeby było bardziej znośnie. Więc zostało tak, o. I łaskawie proszę swoich stałych czytelników o nie bicie mnie za wyżej wymienioną dwójkę.

8 września 2011

Prolog

       Wspomnienia... Czymże one są? Ulotną chwilą zapisaną przez kronikarza zwanego pamięcią. Ukrytą w tysiącu pergaminowych kart, przechowywanych w bibliotece naszego umysłu. Jak wielobarwne motyle pochwycone w sieć. Co z tego, że umierają? Wciąż są, schowane za szkłem, by czas nie uszkodził ich kruchych skrzydeł. Są jak kwiaty, zrywane, by cieszyć oko paletą barw, zasuszone, by pamiętać... Lecz kiedyś nadejdzie dzień, gdy kolory zbledną, a płatki i skrzydła rozsypią się w proch w objęciach przeznaczenia. Wspomnienia... Ulotne, jak sny...
       I ja pamiętam. Każdą chwilę mego wiekowego życia. Każdy upojny moment, nawet ten nie warty zapamiętania... Pamiętam każdą radość, każdy smutek, głupotę i sprawy naprawdę ważne. Każdy gest, spojrzenie, każde słowo. Tak wiele pamiętam... Tak bardzo jestem bogata. Bogata dzięki skarbom mojego umysłu, dzięki wspomnieniom...

       Gęsie pióro zawisło nad pergaminem, a zielone oczy spokojnie prześledziły tekst zapisany eleganckim, pochyłym pismem. To był dopiero początek opowieści, jaką elfka postanowiła spisać. Na pamiątkę tych wszystkich wydarzeń. Na pamiątkę tych wszystkich istnień, jakie owe wydarzenia pochłonęły. Niejednokrotnie istnień bardzo jej bliskich.
       Westchnęła od serca, odłożyła pióro, zamknęła kałamarz i pieszczotliwym gestem przesunęła po pierwszej stronie kroniki, którą zaczęła pisać. Miała nadzieję, że uda jej się wiernie oddać to, co jej samej się przytrafiło. Jednakże na dzisiaj wystarczy, obowiązki wzywały. Odsunęła krzesło i wstała lekko od biurka, wolnym krokiem podchodząc do okna. Ogród zamku w Ostoi cieszył oczy cały rok, dzięki zaklęciom, które nie dopuszczały do zmian temperatury i pomagały roślinom kwitnąć. Jednakże w lecie całe jego piękno ukazywało się ze zdwojoną siłą. Elfka wzięła głęboki oddech, napełniając płuca świeżym powietrzem wypełnionym słodką wonią kwiatów. Delikatny podmuch wiatru wpadł do komnaty, podrywając jej jasne włosy do tańca. Dzień był pogodny, ciepły, żeby nie powiedzieć, że parny. Pewnie popołudniem nawiedzi ich kolejna burza.
       Dość sprawnie udało jej się ogarnąć wszystkie sprawy organizacyjne zamku tak, by jego mieszkańcom niczego nie brakowało. Choć z drugiej strony, o co niby miałaby się troszczyć, skoro to sama twierdza spełniała nieomal wszystkie zachcianki mieszkających w niej istot? Cóż, choćby o to, by pradawne sploty zaklęć okalające cały zamek wciąż trwały niewzruszenie. To miejsce było iście nieziemskie i Hashin dziękowała bogom, że pozwolili jej tu trafić. Z początku sądziła, że to czysty przypadek, jednak teraz wiedziała, że zarówno jej losami, jak i losami jej towarzyszy wciąż kierowało Przeznaczenie.
       - Jak twoje prace piśmiennicze? – rozległ się niski, męski głos, który szamanka doskonale znała.
Zatrzymała się przed drzwiami prowadzącymi do ogrodu i odwróciła, uśmiechem witając przyjaciela.
       - Ledwie starczyło mi czasu na zaczęcie całej opowieści – odparła, wpatrując się w intensywnie niebieskie oczy Maethoriona. – Ale zamierzam jeszcze dziś do tego wrócić. Kiedy tylko trochę odsapnę. Wieczne ślęczenie nad rozsypującymi się księgami bywa męczące.
Mroczny Elf roześmiał się serdecznie, otwierając solidne drzwi i gestem dłoni zapraszając kobietę do ogrodu.
       - Nie wierzę, ciebie męczy siedzenie nad książkami? – zapytał z rozbawieniem, ruszając za nią.
       - Och, no wiesz, starość, nie radość – zauważyła z pobłażliwym uśmiechem, czekając, aż mężczyzna do niej dołączy.
       - Wybacz, że to powiem, ale muszę się z tobą zgodzić. Chyba rzeczywiście zaczynasz się starzeć. Zanim tu trafiłem, w życiu bym nie powiedział, że jeszcze kiedykolwiek zobaczę cię w sukni. W dodatku w dzień powszedni – przyznał An’Sharr[1], podając towarzyszce ramię, które przyjęła z właściwą sobie lekkością.
       - Widać w przeciwieństwie do  n i e k t ó r y c h  postanowiłam w końcu dojrzeć – odcięła się Hashin, odpowiednio akcentując swoją wypowiedź. – A jak tam twoje sprawy sercowe, mój drogi? Znalazła się w końcu ta jedna jedyna, czy nadal poznajesz kobiety od dupy strony? – zapytała bezpośrednio, patrząc na niego kątem zielonego oka, gdy wolno szli jedną z brukowanych alejek.
       - Od kiedy to jesteś taka wulgarna? – odpowiedział pytaniem Maeth, z przesadnym zdziwieniem w głosie.
       - Od kiedy trafiłam na statek Reya Upiora?
       - Ach, no tak, to wszystko wyjaśnia…
       - Co nie zmienia faktu, że nie odpowiedziałeś na moje pytanie – przypomniała z odrobinę złośliwym uśmiechem.
       - Pozwól, że powstrzymam się od odpowiedzi.
       - Nie pozwalam – niemal weszła mu w słowo.
       - Nie, nie znalazła się jeszcze „ta jedyna”.
       - A więc miałam rację.
       - Hashin, proszę… Fakt, że nie związałem się z nikim na stałe, nie znaczy, że przez te osiemset lat nie wydoroślałem. Ty przecież też z nikim nie jesteś w trwałym związku – wytknął.
       - Bo ja jestem szamanką, mój drogi, mnie nie wolno – stwierdziła beztrosko.
       - Jakbyś kiedykolwiek przywiązywała wagę do narzuconych ci zakazów…
       - Oj, przecież wiesz, że się droczę – westchnęła, przewracając teatralnie oczami.
       - Wiem, Skrzacie – stwierdził beztrosko Maethorion, delikatnie muskając wargami jej skroń, zupełnie, jak za dawnych lat. – Nic się pod tym względem nie zmieniłaś.
Hashin tylko roześmiała się serdecznie w odpowiedzi i chwyciwszy przyjaciela za dłoń, zeszła z kamiennej ścieżki, wchodząc w głąb ogrodu.
       Jedną ręką podebrała nieco stalowoniebieską suknię, miękko stąpając po soczyście zielonej trawie. Zatrzymała się dopiero nieopodal białego muru okalającego cały zamek i usiadła pod rozłożystym dębem, opierając plecy o spękany pień. Maeth zaraz poszedł w jej ślady, obejmując ramieniem smukłą talię elfki i przyciągając ją do swojego boku. Uśmiechnęła się łagodnie, zakładając za spiczaste ucho kosmyk włosów w kolorze dojrzałej pszenicy i podkuliła nogi, wtulając się w niego bez protestu. Oparła skroń o silny bark i przymknęła powieki, biorąc głęboki oddech. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuła się zupełnie bezpieczna, spokojna i odprężona. Po tylu wiekach wędrówek, tułaczek, żeby nie powiedzieć „wygnania”, każdą taką chwilę witała z otwartymi ramionami, ciesząc nią tak długo, jak tylko mogła. Maethorion stanowił jej osobistą ostoję, krynicę spokoju, z której mogła na nowo czerpać, po tylu latach rozłąki. Tak naprawdę nigdy nie przestała wierzyć, że kiedyś znów się odnajdą, mimo iż czasami zaczynała wątpić i jej umysł okrywały myśli czarne, niczym całun samej śmierci. Serce jednak wciąż żyło nadzieją, że ta ostatnia z bliskich jej osób gdzieś tam jeszcze jest. I nie pomyliła się. Chociaż nigdy by nie przypuszczała, że spotkają się właśnie w Ostoi. Na Nowym Kontynencie, wciąż jeszcze w większości okrytym tajemnicą. Jednakże skoro stało się tak, a nie inaczej, Los musiał mieć wobec nich jakieś plany. Oboje czuli, że szykuje się jakaś zmiana i że będzie miała ona swój początek właśnie w magicznym, białym zamku Ostoi. Nie sądzili jednakże, iż nastąpi to tak szybko.
       Spokój odpoczywającej w zielonkawym półmroku pary został zakłócony szybciej, niż by sobie tego życzyli. Odległy odgłos kroków zignorowali, w końcu zamek miał też innych mieszkańców, dlatego nie było dziwnym, iż ktoś wybrał się na spacer po ogrodzie. W ciągu tych kilkunastu minut jasne alejki przemierzyło już w końcu parę osób. Jednakże te konkretnie kroki miały zostać skierowane akurat pod rosnący nieopodal muru dąb. Do tej konkretnie dwójki. Bowiem w ich stronę kierował się nikt inny, jak sprawca niemal każdego zamieszania w Porcie Północnych Wiatrów, znajdującym się kilkanaście minut drogi od ich małego azylu.
       Rey Upiór, niegdyś najokrutniejszy pirat, jaki kiedykolwiek pływał po morzach znanego świata, był żywym dowodem na to, że każdy może się zmienić. I pewnego dnia miało się okazać, iż jego postać jest świadectwem zmian nie tylko dotyczących jego osoby.
       Wysokie, podkute oficerskie buty tego dnia wystukiwały zaskakująco żywy rytm. Może dlatego, iż ich właściciel od jakiegoś czasu miał po prostu wyborny humor. Nieomal tanecznym krokiem zszedł z ogrodowej ścieżki wyłożonej białym kamieniem i skierował się w stronę odpoczywających elfów.
       - Och, no proszę, jaki śliczny obrazek – w ciszę błogo osnuwającą Hashin i Maethoriona wdarł się aż nazbyt znany im głos.
Chociaż tym razem wydawał się jakby mniej ochrypły od ciągłego przekrzykiwania wiatrów targających statkiem na otwartym morzu.
       Elfka podniosła nieco niezadowolone spojrzenie i przez moment z niedowierzaniem wpatrywała się w przystojną, niczym nieskalaną twarz Krwawego Elfa. Pamiętała rysy, szelmowski błysk w szkarłatnej tęczówce, jednak przyzwyczajona do czarnej przepaski zakrywającej prawe oko, teraz nie mogła napatrzyć się na powód jej braku. Pod wąską brwią, pomiędzy lśniącymi rdzawo rzęsami spozierało na nią oko, które Rey stracił stulecia temu.  A teraz, niemal po czterech wiekach, znów tkwiło na swoim miejscu. Zupełnie sprawne i… złote. Szczerozłote. Tak znajome…
       - No już, nie przyglądaj mi się tak – mruknął z rozbawieniem Rey, wyrywając Hashin z zamyślenia.
       - Mam ci się nie przyglądać? – zapytała, odzyskując animusz i podała mężczyźnie dłonie, by pomógł jej wstać. – Teraz, kiedy wreszcie jest, na co patrzeć?
Czerwonowłosy prychnął tylko, jednak w następnej chwili wziął elfkę w ramiona i śmiejąc się radośnie, okręcił się z nią wokół własnej osi.
       - Czuję się, jak nowonarodzony! – wykrzyknął, stawiając ją w końcu na ziemi.
       - Szczerze powiedziawszy, widać, jak na dłoni – wtrącił się Maethorion, również podnosząc się z soczystej trawy. – Ale może opowiedziałbyś nam, jakim sposobem nabyłeś nową skórę?
       Usiedli w jednej z kilku sali bawialnych, sącząc wyborne, stare wino i słuchając opowieści Reya, który nie omieszkał okrasić swojej historii barwnymi opisami walk z wiatrami oraz sztormem, z resztą, czegóż się po człowieku morza spodziewać? Opowiadał o swoim rodzeństwie i wiernej załodze, która, mimo iż od niedawna znajdowała się pod wodzą brata Upiora – Shane’a – wciąż postrzegała słowo zaprawionego w bojach kapitana, jako święte. Nie zapomniał wspomnieć również o młodej lamii, która jakimś trafem dostała się na statek i bardzo wiernie oddał, jak to się jej bohatersko pozbył, gdy mała bestia pokiereszowała jego marynarza.
       Przez opowieść Reya przewinęły się szczegółowe opisy niemal wszystkich dni rejsu, uwzględniając również kilkudniowy postój na Smoczej Wyspie, gdzie elf gromadził skarby ze swoich napaści.
       - …nie chwaląc się oczywiście wspomnę, że niemal cała jaskinia pod wyspą wypełniona jest złotem i kosztownościami – stwierdził z dumą pirat. – Rzecz jasna przywiozłem wam parę skrzyń, żebyście nie czuli się poszkodowani. Więcej nie pozwoliła mi zabrać Gin – dodał po chwili, jakby z lekkim zakłopotaniem.
       - Kim jest Gin? – zapytał z zaciekawieniem Maethorion.
       - To Czerwony Smok, konkretniej smoczyca, która strzeże mojego skarbu – wyjaśnił czerwonowłosy. – Czy raczej swojego, jak twierdzi.
Hashin, do tej pory w milczeniu przysłuchująca się opowieści, spojrzała na niego ze szczerym zaskoczeniem.
       - Nie powiesz nam chyba, że jesteś jej Jeźdźcem? – odezwała się, unosząc brew.
       - Jeźdźcem? – Rey popatrzył na nią ze zdziwieniem. – Ależ skąd! Ona tylko ze mną rozmawia.
       - Jak ją znalazłeś? – dopytywał się Maeth.
       - Mieszkała na tamtej wyspie, gdy pierwszy raz tam zacumowałem. Chętnie przystała na moją propozycję.
       - Obiecałeś dorzucać co nieco do jej skarbca w zamian za ochronę twojego złota? – ciągnął Mroczny Elf, bawiąc się pustym kieliszkiem.
       - Tak. To była dobra inwestycja. I tak bogaciłem się dość szybko, by dogodzić i sobie, i jej. Nie dość, że jako elf żyję stosunkowo długo, to mój dar dał mi pewność, że zbyt szybko tego świata nie opuszczę.
       - To całkiem logiczne – zauważyła Hashin. – I jak ma na imię ta smoczyca? Gin?
       - Nie, Gin to zdrobnienie. Nazywa się Vishagin.
       Zarówno szamanka, jak i siedzący obok elf spojrzeli na Reya doszczętnie zszokowani. Vishagin? To imię było im aż nazbyt znane. Ale dlaczego smoczyca Aarughi zaakceptowała Reya? Takie rzeczy zdarzały się tylko wobec osób spokrewnionych z Jeźdźcem, a pirat nie wydawał się w żadnym stopniu podobny do ich dawnego towarzysza. Hashin i Maethorion spojrzeli na siebie w milczeniu, choć między nimi wybuchła istna burza pytań. Krwawy Elf w tym czasie zmarszczył brwi, patrząc na nich z niezrozumieniem.
       - Coś nie tak? – zapytał, obserwując to jedno, to drugie.
       - Nie, skądże – odpowiedziała elfka, zdobywając się na uśmiech. – Po prostu jej imię brzmi bardzo podobnie do imienia smoczycy, którą znaliśmy – wyjaśniła na tyle wiarygodnym tonem, że Rey chyba jej uwierzył, wracając do swojej opowieści.
       W końcu jednak kapitan Zorzy Zmierzchu przeszedł do konkretów – po niemal godzinie opowiadań, godnych najznamienitszych bajarzy. Okazało się, iż na zapomnianej przez wielu marynarzy wyspie, zamieszkiwanej swoją drogą przez bardzo ciekawą populację, Rey znalazł źródło młodości. Całkiem przypadkiem, jak twierdził. Była to zwyczajna rzeka spływająca z gór do morza. Zbliżał się wieczór i Krwawy Elf chciał odświeżyć się po długiej podróży w upałach, dlatego też zanurzył ciało w przyjemnie chłodnym nurcie, nieświadom jego leczniczego działania. Dopiero, gdy wyszedł na brzeg i spojrzał na swoje dłonie, uświadomił sobie, jak cenny skarb przyszło mu znaleźć. Niemniej jednak położenie magicznej rzeki pozostawił w tajemnicy, wiedząc, że jego załoga szybko rozniosłaby tę nowinę po wszystkich portach, jakie zna cywilizacja, a to z kolei przyniosło zagładę na dziewiczą wyspę.
       - Moim zdaniem słusznie zrobiłeś – powiedział Maethorion po chwili zastanowienia. – Szkoda by było, żeby tą wyspę zaczęły nawiedzać rzesze istot chcących się odmłodzić.
       - To prawda. Myślę, że żyjący tam ludzie będą szczęśliwsi bez stałych odwiedzin – dodała Hashin.
       - Mnie również się tak wydaje, dlatego swojej załodze kazałem uwierzyć w lecznicze działanie maści przygotowanej przez Zehis – odpowiedział Rey, krzyżując ramiona na piersi.
Jego mina sugerowała, że jest z tego powodu bardzo z siebie zadowolony.
       - Jak rozumieniem to jedna z twoich „towarzyszek życia”? – zapytała z przekąsem szamanka, jako że pirat już wcześniej wspominał o tym, że na wyspie dziwnym trafem mieszkają nieomal same kobiety.
       - Tak, jedna z pięciu. Dzięki nim mam przynajmniej liczną rodzinę – stwierdził czerwonowłosy, na co reszta towarzystwa parsknęła śmiechem. – Nie rozumiem, co w tym jest takiego śmiesznego… - mruknął zaraz z udawaną urazą, jednak po chwili sam również się roześmiał i podniósł z miejsca. – No nic, zostawiam was, ktoś musi nadzorować ostatnie przygotowania Zorzy do wypłynięcia w morze. Bawcie się ładnie – dodał z wymownym uśmiechem, sprężystym krokiem opuszczając salę.
Pozostawiona samym sobie para w pierwszej chwili prychnęła zgodnie, zaraz spoglądając po sobie i znów wybuchając serdecznym śmiechem. Opanowanie przyszło jednakże zaskakująco szybko. Hashin wstrzymała na moment oddech i chwyciła siedzącego obok Maethoriona za ramię. Jej źrenice rozszerzyły się gwałtownie, a twarz pobladła, gdy umysł zalała niespodziewana wizja.
       Jej oczom ukazały się urywki zdarzeń, obrazy wyrwane z kontekstu, tak różne od siebie, a jednak tworzące zgraną całość. Wpierw zobaczyła maskę, szczerozłotą, spadającą z wysoka, powoli obracającą się wokół własnej osi. Oplatające ją w pierwszej chwili sploty dziwnej materii gasły, tak samo jak żywy kolor, którym dotąd płonęła. Zaraz potem przez jej myśli przewinęły się dziesiątki nieznanych jej twarzy, wszystkie posiadające jedną cechę wspólną – lewe oko o złotej tęczówce. Ale to było nic w porównaniu z tym, co przyszło później. Hashin zobaczyła rozgorzałą bitwę, jednak nie mogła skojarzyć miejsca, w jakim trwała. Z resztą to nie lokalizacja przykuła jej uwagę, a postać zdająca się stać w centrum batalii – ognistowłosa, walcząca z zaciętością godną smoka, ze złotą maską na twarzy. Nagle jednak punkt widzenia zmienił się i elfka zdawała się stać naprzeciw mężczyzny, którego do tej pory obserwowała. Zza gorejącej złotem i szkarłatem maski wpatrywała się w nią para gniewnych oczu, niemal emanujących ogromną mocą zamkniętą w śmiertelnym ciele. Kiedy zaś nieznajomy sięgnął do swojej twarzy i ściągnął zasłaniającą ją okrywę, Hashin gwałtownie zaczerpnęła oddech, budząc się z letargu.
       - Bogowie… - szepnęła słabo, wciąż mając przed oczami swoją wizję.
W jej umyśle wciąż trwał obraz oblicza, które tak niedawno oglądała.
       - Hashin? – odezwał się z niepokojem Maethorion, wpatrujący się w nią już od dłuższego czasu. – Co widziałaś? – zapytał, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że przed jego przyjaciółką właśnie odsłonił się fragment przyszłości.
       Kobieta potrząsnęła słabo głową, zaraz chwiejnie podnosząc się z fotela. Mroczny Elf przyszedł jej z pomocą, obejmując smukłą talię, by ją przytrzymać. Wiedział, że szamanka potrzebuje chwili, żeby dojść do siebie.
       - Musimy wyruszyć do Armonathu[2] – stwierdziła w końcu, patrząc przyjacielowi z powagą w oczy. – I to jak najszybciej.


[1] An’Sharr – (z języka autorskiego) Mroczny Elf
[2] Armonath – nazwa geograficzna, jak i synonim dla Cytadeli Światła; szczegóły w podstronie „Alfabetycznie”.

31 sierpnia 2011

Dziesięć rzeczy, które cieszy Lothandira cz.1


1.

            Zima w Rionie była cicha, spokojna i mroźna. Śniegowe płatki bezgłośnie sypały się z nieba, okrywając świat grubą, puchową kołdrą. Lothandir siedział w swoim apartamencie, na szerokim parapecie jednego z wysokich okien. Miał z tego miejsca doskonały widok na większą część Rionu, co cieszyło go przez znaczną część roku, ale szczególnie teraz. W przyozdobionej szronem szybie odbijała się postać maga – ryża czupryna jak zwykle okalała twarz niesfornymi, krętymi kosmykami, opadając lekko na zielone oczy. Niedopięta koszula w kolorze palonej sieny odsłaniała smukły tors, który zdobił niewielki, ochronny tatuaż usytuowany na lewej piersi. Tym razem rękawy Mistrza Sztuki Magicznej, skrupulatnie podciągnięte, sięgały ledwie ramion. I to nie bez powodu.
            Z pozoru spokojny mag również posiadał swoje dziwactwa. I to dość oryginalne. Jedno z nich wiązało się właśnie ze śniegiem, dlatego też szczególnie przepadał za zimą. Każdego roku, gdy tylko pierwsza, gruba warstwa białego puchu pokrywała Rion, Lothandir siadał w oknie swojej sypialni i uważnie obserwował przechodzące pod nim elfy. Los chciał, że apartamenty ryżego Mistrza znajdowały się niewiele poniżej koron, rosnącego w korzeniach Królewskiego Dębu, lasu. Dzięki temu, samemu będąc niezauważonym, bezkarnie strząsał śnieg z rozłożystych gałęzi, wprost na niczego niepodejrzewających przechodniów, używając do tego prostego zaklęcia.
            Tak było i tego dnia. Lothandir z entuzjazmem nastoletniego psotnika wypatrywał swej pierwszej ofiary. Nie musiał długo czekać. Na ścieżce przebiegającej tuż pod oknami apartamentów  pojawił się, opatulony szczelnie grafitowym płaszczem, Mroczny Elf. Mag uśmiechnął się radośnie dostrzegając, iż jest to nikt inny, jak jego młody znajomy, Maethorion. Smukłe dłonie zatarły złowróżbnie, a zaledwie moment później Leśny Elf wycelował palcami w stronę jednej z bardziej rozbudowanych gałęzi. Miękki ruch nadgarstka wystarczył, by niewidzialna siła wprawnie strąciła śnieżną zaspę, wprost na barki niczemu winnego Maetha. Zaskoczony młodzieniec nie miał szans uskoczyć przed tą miniaturową lawiną, dlatego ciężar śniegu z łatwością zwalił go z nóg. Radosny śmiech wypełnił komnaty Lothandira, a sam mag, klaszcząc w dłonie, zaczął wypatrywać kolejnej ofiary swoich psot.
            I tym razem wystarczyła chwila uwagi, by dostrzec następną, zbliżającą się postać. Burza złotych loków pozwoliła z łatwością odgadnąć tożsamość tej osoby. Była to Aleeica, Jeźdźczyni Niebieskiej Smoczycy Inegoi’chi. Lothandir nawet nie zastanawiał się, czy elfka była akurat zjednana ze swoim smokiem, czy nie. Wystarczyła chwila, by znalazł kolejne kilka gałęzi, z których zaraz zrzucił nadmiar zalegającego nań śniegu. Jeźdźczyni, na złość magowi, wyczuła podstęp i odskoczyła zwinnie w tył. Zaraz potem przeniosła bystre i dodatkowo zirytowane spojrzenie wprost na siedzącego w oknie Lothandira. Ryży Mistrz Sztuki Magicznej ze zwinnością godną spłoszonej łani zeskoczył z parapetu, chowając się pod nim.
            - Ups – mruknął do siebie, chichocząc pod nosem. – Chyba wpadłem…

Ad.1. Lothandir uwielbia śnieg.

            Był środek lata. Lothandir wracał właśnie z zajęć terenowych, prowadzonych z jedną z bardziej zaawansowanych grup swoich uczniów. Popołudnie zapowiadało się bardzo przyjemnie. Słońce przeświecało radośnie przez gęste, soczyście zielone korony drzew, ptaki cieszyły uszy słodkimi trelami i wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Do czasu.
            Jedyną anomalią, jaką mag zdążył zauważyć, było kilka zimnych kropel spadających z nieba, mimo bezchmurnego błękitu nad jego głową. I może dlatego nie dostrzegł nic poza tym. Przynajmniej z początku. Bowiem dosłownie kilka uderzeń serca później na Lyen Akre[1] spadła, nie mniej, nie więcej, hałda śniegu. Zaskoczony mag potrzebował kilku chwil zanim zdołał się z niej wygrzebać, drżąc z zimna. Spojrzał w niebo i zdziwił się jeszcze bardziej. Otóż nad polaną, na której się znajdował, krążył smok. I to nie byle jaki smok. Była to Niebieska Smoczyca Inegoi’chi. Cóż, widać Aleeica postanowiła dość oryginalnie odwdzięczyć się za próbę zrzucenia na nią śniegu z drzew pod Królewskim Dębem. Nie ma co, poczucie humoru miała bardzo specyficzne…

Ad.1.1 Lothandir uwielbia śnieg. Ale nie w nadmiarze.



[1] Lyen Akre – (z języka autorskiego) Mistrz Sztuki Magicznej

Najtrudniejszy dzień Kaque by Shinju

    Mistrz Lothandir od rana studiował znalezioną w bibliotece starą księgę magiczną, co jakiś czas zerkając na swoją uczennicę. Hashin była tak niekłopotliwą podopieczną. Wystarczyło dać jej książkę i potrafiła zając się sobą, w rezultacie Lothandir mógł spokojnie studiować swoje nowe znalezisko. Westchnął z zadowoleniem przekładając kolejną stronę.
    I wówczas, drzwi do pracowni ryżego maga otworzyły się z hukiem. Rudy elf podniósł z zaciekawieniem głowę, rozpoznając impet, z jakim skrzydło uderzyło o ścianę i stukot podkutych butów, kilku równych, szybkich kroków. Po chwili jednak zadźwięczała klamka, dało się słyszeć zduszone charknięcie i głośny łomot. Lothi spojrzał zaskoczony na niemniej zaskoczoną Hashin. Po chwili oboje się zerwali ze swych krzeseł, wyminęli kilka wysokich półek na książki i stanęli w osłupieniu.
    Mistrz Kaque podnosił się do siadu, oglądając się ze złością na swoją pelerynę, która złośliwie zaczepiła się o klamkę drzwi. Elf rozmasował krtań i odchrząknął, po czym jego spojrzenie padło na przybyłą dwójkę. Otworzył właśnie usta żeby coś powiedzieć, gdy nagle trwający w szoku Lothandir, odwrócił się, dyskretnie zasłaniając usta i chichocząc z rozbawieniem.
    Jakiś czas później ryży mag, po przeproszeniu Kaque i zapewnieniu, że nie będzie opowiadał o tym incydencie, próbował znaleźć rozwiązanie problemu, z jakim przyszła do niego Alaien. Mistrzyni Sztuki Kontrwywiadu właśnie mu podziękowała, za zajęcie się jej sprawą i odwróciła się by wyjść. Wtedy drzwi otworzyły się ze znajomym impetem. Kaque zrobił kilka kroków, stukając swymi podkutymi butami i znów zacharczał, gdy jego peleryna zahaczyła się o klamkę. Tym razem jednak szaman nie został pociągnięty w tył. Sprzączka płaszcza rozpięła się przy takim przeciążeniu z cichym brzęknięciem i Mistrz Sztuki Szamańskiej runął do przodu. Jego twarz znalazła się między okazałym biustem zaskoczonej elfki, po czym, gdy Alaien padła w tył, przeważona ciężarem mężczyzny, oblicze oszołomionego szamana zsunęło się wzdłuż skórzanego gorsetu i znalazło na łonie kobiety. Cała trójka zastygła w milczeniu i bezruchu, zbyt zszokowana całym zajściem.
    Nagle Kaque podniósł się patrząc przepraszająco i zarazem z zakłopotaniem na Mroczną Elfkę. Już miał coś powiedzieć, prawdopodobnie przeprosić i zapewnić ją, że nie zamierzał stawiać jej w tak kłopotliwej sytuacji, gdy jej ręka wystrzeliła w górę, obijając mu szczękę. Szaman zatoczył się w tył i wtedy został poczęstowany jeszcze kopniakiem w brzuch, który odrzucił go spory kawałek od poszkodowanej.
    Lothandir chwilę przyglądał się nieruchomej postaci przyjaciela rozpłaszczonej na posadzce pod ścianą. Powoli podszedł do niego ostrożnie. Przycupnął i trącił ciało palcem.
    - Zdechłeś? – zapytał, znów go trącając palcem. - Może okładzik? – dodał pomocnie, widząc jak ponure spojrzenie szamana przenosi się na niego.