Noc na statku była osobliwym przeżyciem. Co pół godziny któryś z
piratów dzwonił na szklanki, a tupot stóp nieustannie roznosił się po
pokładzie, zagłuszany od czasu do czasu komendami wykrzykiwanymi przez bosmana,
lub pierwszego oficera. Nic więc dziwnego, że Hashin miała trudności z
zaśnięciem, mimo iż sądziła, że przywykła do odpoczynku w każdych warunkach.
Jednak te kilka lat spokojnego życia w Ostoi sprawiły, że zdecydowanie wyszła z
wprawy.
- Wciąż nie możesz zasnąć? – zapytał cicho Maethorion, unosząc się
na łokciu, by spojrzeć na elfkę odwróconą twarzą do okien rufowych.
- Niestety – przyznała z westchnieniem, przekręcając się na plecy.
– Tu jest za głośno… Ale tobie chyba też nie śpi się najlepiej – zauważyła,
spoglądając na niego zielonymi oczami.
- Wygląda na to, że wróciły mi stare nawyki – odpowiedział z
subtelnym rozbawieniem.
- Och, nie mów mi tylko, że zamierzasz czuwać nad moim snem –
mruknęła Hashin, uśmiechając się delikatnie.
- To silniejsze ode mnie, Skrzacie.
- Miałeś tak do mnie nie mówić, Maeth – jęknęła. – Jestem już dużą
dziewczynką!
- Ale wciąż jesteś młodsza ode mnie i moim obowiązkiem jest dbanie
o ciebie – stwierdził Mroczny Elf, pochylając się, by musnąć wargami skroń
przyjaciółki. – Spróbuj zasnąć…
Szamanka westchnęła cicho, jednak
przysunęła się do ciemnoskórego i pozwoliła objąć się jego ramionami.
-
To i tak niesprawiedliwe – mruknęła, przymknąwszy powieki. – Jestem od ciebie
młodsza tylko o pięć lat…
-
Zachowywałbym się tak samo nawet, gdybyś była młodsza ledwie o parę miesięcy –
odpowiedział, uśmiechając się kątem ust. – Śpij.
- Nie rozkazuj mi – prychnęła na to elfka,
jednak dziwnym trafem ledwie po wypowiedzeniu tych słów poczuła senność. – Czy
ty właśnie rzuciłeś na mnie zaklęcie usypiające? – zapytała zdziwiona.
-
Nie bądź zła. Przynajmniej się wyśpisz – zauważył Maethorion, gładząc
troskliwie jej jasne włosy. – Jakby to wyglądało, gdybyś zaczęła ziewać wśród
tej zgrai z pokładu?
Hashin uśmiechnęła się pod nosem.
-
Rano zastanowię się, czy ci wybaczyć…
Elf roześmiał się i tylko wygodniej ułożył
przy szamance, biorąc głębszy wdech, gotów jak za dawnych lat pilnować, by nie
nawiedził jej żaden koszmar. Nie musiał też długo czekać, by jasnowłosa zasnęła
spokojnie, ukołysana jego zaklęciem i równym biciem serca. Postanowił samemu
również odpocząć, więc przymknął powieki i oddał się w ramiona snów.
Gdy
Hashin wyszła na pokład późnym rankiem następnego dnia, większość załogi
zgromadzona była pod grotmasztem, w zbitym kręgu, przekrzykując się nawzajem.
Zaciekawiona elfka podeszła bliżej, przeciskając się pomiędzy mężczyznami, aż
dotarła do miejsca, wokół którego się zebrali. Na skrawku wolnej przestrzeni,
przy zwykłym, okrągłym stoliku siedzieli Shane i Maethorion, siłując się na
ręce. Z zaciętymi minami mierzyli się wzrokiem, a ich ramiona drżały subtelnie
z wysiłku, mimo wszystko nie poruszywszy się nawet o centymetr. Szamanka
uniosła brew i zwróciła się do stojącego najbliżej pirata, którym okazał się
Leśny Elf wzrostu samej Hashin o chłopięcej twarzy. Niemal wcale się nie
zmienił od ich ostatniego spotkania, jedynie jego skóra nosiła kilka blizn
więcej.
-
O, witaj, Crevanie – uśmiechnęła się do starego znajomego. – Miło znów cię
widzieć. W końcu jakaś znajoma twarz wśród tych obitych gęb.
-
Ciebie również, Hashin – odpowiedział z pogodnym uśmiechem, zdmuchując z czoła
kosmyk brązowych włosów. – Czyżby zainteresował cię ten mały pojedynek?
-
Powiedzmy… Jak stoją zakłady?
-
Pięć do jednego na Shane’a – stwierdził, patrząc na nią roześmianymi, szarymi
oczami.
-
Widzę, że mój towarzysz nie cieszy się powodzeniem.
-
Jest nowy, nie ma co się dziwić, że załoga stawia na pierwszego oficera.
-
Hm… słusznie – przyznała mu rację, patrząc w zamyśleniu na dwóch mężczyzn. Po
skroni Maethoriona spłynęła bezgłośnie kropelka potu. – Długo już się tak
siłują?
-
Jakiś kwadrans.
Elfka uniosła brwi, przenosząc wzrok na
mężczyznę obok.
-
I przez cały ten czas się nie ruszyli?
-
Nie. Pierwszy raz widzę tak wyrównany pojedynek.
Szamanka zamyśliła się znów, mrużąc
powieki.
-
Maeth? – wysłała telepatyczną
wiadomość, na którą umysł przyjaciela natychmiast się otworzył.
- Hashin, jestem trochę zajęty… - mruknął
Mroczny Elf, skupiając niemal całą wolę na mięśniach swojego prawego ramienia.
– Mam nadzieję, że to coś ważnego.
- Owszem, bo mam propozycję.
- Jaką?
- Nagrodę, jeśli wygrasz.
Białowłosy zerknął na nią kątem błękitnego
oka.
- Słucham.
- Jeśli wygrasz… pozwolę ci się ze sobą
przespać.
Źrenice
elfa zwęziły się w jednej chwili z zaskoczenia. I ta jedna chwila wystarczyła,
by Maethorion rozkojarzył się na tyle, żeby jego przeciwnik wykorzystał okazję,
z łoskotem przypierając jego ramię do blatu stolika. Ciemnoskóry jęknął
zaskoczony, rozłożony na przysłowiowe łopatki. Hashin w tym czasie przewróciła
oczami z głębokim westchnieniem.
-
Mężczyźni… - mruknęła, odwracając się na pięcie i ruszając w stronę rufy.
Jej przyjaciel podniósł się z miejsca,
rozmasowując nadwyrężony bark i ciskającym pioruny wzrokiem spojrzał w stronę
szamanki. Zazgrzytał zębami, a w następnej chwili ruszył za nią.
-
Hashin… - warknął przez zęby, marszcząc jasne brwi.
Blondynka zerknęła na niego kątem oka. Nie
musiała czytać mu w myślach żeby wiedzieć, co zamierza. W ułamku sekundy
puściła się pędem przed siebie, wbiegając na przybudówkę.
-
Reeeeey! – krzyknęła ze szczerym rozbawieniem, podbiegając do steru i chowając
się za szerokimi barkami kapitana Zorzy Zmierzchu.
-
Hę? – Krwawy Elf uniósł brwi, patrząc na nią przez ramię.
-
Rey, nie próbuj jej przede mną chować, wysmaruję smołą tą małą żmiję! –
zapowiedział rozsierdzony Maeth, próbując dosięgnąć przyjaciółkę, która
przemknęła pod ramieniem czerwonowłosego na drugą stronę steru.
-
Nie wolno! – zaprotestowała. – I nie jestem mała!
-
A o żmiję już się nie pieklisz? – dociął ze złośliwym uśmiechem.
-
Cicho! Żmiją też nie jestem!
-
Hej, hej, może mi wyjaśnicie, o co tu chodzi? – przerwał im Upiór, rozkładając
ramiona.
W tej samej chwili zasypał go istny potok
słów z dwiema wersjami jednego wydarzenia. Nie było oczywiście mowy o tym, żeby
Hashin i Maethorion pozwolili sobie mówić, więc przekrzykiwali się nawzajem,
dopóki Rey nie kazał ich rozdzielić. An’Sharr wylądował pod pokładem, a
szamanka w kajucie oficerskiej, oboje przedstawiający istną obrazę majestatu.
***
Kryształowe
sklepienie górowało nad obszerną salą, podpierane bogato zdobionymi,
granatowymi kolumnami, poprzecinanymi cieniutkimi żyłkami w kolorze pereł, które
jarzyły się subtelnym, srebrzystym blaskiem. Wokół unosiła się lekka mgiełka,
ścieląc po podłodze do złudzenia przypominającej firmament nocnego nieba. Na
samym środku komnaty, w szerokim kręgu stało dziesięć tronów, a na każdym
zasiadała istota bardzo osobliwa. Wszystkie wyglądały niemal identycznie: każda
miała humanoidalne, choć rozmyte kształty, a twarz przyozdobioną maską posiadającą
jedynie przymknięte nieco powieki. Tym, co ich wyróżniało, był kolor materii, z
jakiej zostały stworzone. Pomiędzy nimi toczyła się zapewne jakaś rozmowa,
bowiem powietrze wokół wypełniały szepty, przywodzące na myśl szum wiatru w
lesie, krystaliczny plusk wody, ciche potrzaskiwanie płomieni, jednak
jednocześnie niebędące nimi. Wydawało się, że słowa stały się swoistą melodią,
niedostępną dla śmiertelników.
As’Elda[1]
debatowali dłuższą chwilę, a w końcu jeden z nich, mieniący się krwistą
czerwienią, drgnął, pochylając się do środka okręgu. Jego szyja wydłużyła się
znacznie, a połyskujące szkarłatem oczy wyzierające ze szpar w masce wydawały
się spoglądać w mgłę gromadzącą się na podłodze. Szepty pozostałych bogów
ucichły, jakby w oczekiwaniu, podczas gdy sploty magicznej materii okalającej
twarz pochylającej się istoty spłynęły miękko, splatając się leniwie na
przestrzeni pomiędzy tronami. W eterycznych węzłach dało się rozpoznać
embrionalny kształt, rosnący z każdą chwilą. Z czasem dostrzegalne stawały się coraz to
nowsze szczegóły – typowo elficka, smukła sylwetka, postrzępione małżowiny
uszne, długie, proste włosy. Szarawą skórę zdobiły zawiłe symbole o ostrych
kształtach, ciągnące się niemal przez całe ciało.
W
końcu jednak nowy twór był gotowy, bezwładnie wisząc w magicznych splotach.
Wówczas powieki pochylającego się doń cały czas boga wojny rozchyliły się
gwałtownie, odsłaniając jarzące krwistą czerwienią oczy bez tęczówek, czy
źrenic, wypełnione czystą, skumulowaną energią. Kształtne i martwe do tej pory usta
rozchyliły się, wpuszczając w płuca pierwszy, życiodajny oddech. Powieki
drgnęły i podniosły się powoli, ukazując lśniące delikatnie, perłowe tęczówki,
oraz zupełnie czarne białka okolone srebrnymi rzęsami. Mężczyzna stanął o
własnych siłach, kierując spojrzenie w stronę swojego stwórcy. Krótki, mentalny
rozkaz niemal natychmiast pojawił się w jego umyśle i da’lear[2]
skłonił się nisko.
-
Tak jest, panie – odezwał się niskim, choć melodyjnym głosem, a ułamek sekundy
później jego ciało zdematerializowało się, by udać się do świata śmiertelnych.
[1] As’Elda
– bogowie najchętniej wyznawani, czyli wchodzący w skład współczesnego
panteonu. Nie jest to grono stałe, bywają w nim zmiany, zależne od tego, którzy
bogowie cieszą się największą popularnością. Dawniej nie było takiego podziału,
dlatego bogowie należący do panteonu zostali nazwani Nowymi. Stworzeni przez
Świadomość i As’Ormi. Noszą maski przypominające ludzką twarz, jednak nie
posiadają one ust, nosa, uszu, ani brwi. Oczy mają na kształt pestek
brzoskwini, choć zazwyczaj są przymknięte. Nie posiadają tęczówek, ani źrenic,
a kolor ich oczu jest indywidualny. Nie posiadają, jako takiego materialnego
ciała, poza twarzą, którą otaczają wiązki magii, układające się w humanoidalny
kształt, gdy tylko dany bóg sobie tego życzy.
[2] Da’lear
– [czyt. dalier] istota stworzona przez któregoś z bogów, będąca pomostem pomiędzy
śmiertelnymi, a bóstwem, któremu da’lear służy.
________________________________
Tak, wiem, nie dość, że po długiej przerwie, to jeszcze krótki rozdział. Ale uznałam, że ten moment jest dobry na zakończenie. Następna część opowieści będzie dłuższa, obiecuję.