Hashin posłusznie szła za swoim mentorem, pokonując w milczeniu kolejne
zakręty i schody. Tuż za nią nogi wyciągał Mistrz Lothandir, a na końcu, z
dumnie uniesionymi głowami kroczyli Maethorion z ojcem. Słońce kładło
świetliste cienie na gładkie ściany, gdy korowód stanął przed misternie
zdobionymi drzwiami Sali Audiencyjnej.
- Zdenerwowana? – zapytał mag, nachylając się do dziewczynki, która
jedynie skinęła głową, drobiąc niespokojnie w miejscu. – Niepotrzebnie. Król
Rheänor nie gryzie – wyszeptał z uśmiechem, kładąc dłoń ja jej smukłym
ramieniu.
Uśmiechnęła
się blado w odpowiedzi i nieśmiało zacisnęła palce na dłoni Mistrza Kaque.
Szaman spojrzał na nią z góry i posłał krzepiący uśmiech, po czym skinął na
gwardzistów, by otworzyli wierzeje.
Oczom Hashin ukazała się ogromna sala zalana blaskiem słońca. Cała była
częścią Królewskiego Dębu, sycąc wzrok finezyjnymi zdobieniami i piękną,
szlachetną barwą. Na samym końcu, pod wysokimi oknami, znajdowało się
podwyższenie, a na nim trzy trony – największy i bardzo bogato zdobiony,
należący do króla, oraz dwa skromniejsze dla królowej i dziedzica korony.
Zasiadające na nich osoby całkowicie zniknęły w złotych promieniach padających
do środka przez, zdobione na krawędziach witrażami, szyby. Dziewczynka
zauważyła, że w pomieszczeniu znajduje się spory tłum. Cała grupa ruszyła równo
do przodu. Hashin zerknęła na Maethoriona. Chłopiec uniósł dumnie głowę i,
uśmiechając się łobuzersko, mierzył wzrokiem mijane postacie. Wiele twarzy było
znajomych.
Piątka spóźnionych przystanęła pod podwyższeniem. Kaque, Lothandir i
Metheron ukłonili się nisko dokładnie w tym samym momencie, jakby stanowili
jeden organizm. Hashin i młody Mroczny Elf szybko poszli w ich ślady.
- Mistrzu Kaque, Mistrzu Lothandirze, Metheronie, cieszę się, że do
nas dołączyliście – rozległ się łagodny, melodyjny głos.
- Jesteśmy zawsze do twoich usług, panie – odezwał się ojciec
Maethoriona, podnosząc wzrok.
- Dziękuję, przyjacielu. Proszę, usiądźcie.
Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, postać siedząca na środkowym tronie
wstała, robiąc dwa kroki do przodu. Hashin mogła się teraz dokładnie przyjrzeć
władcy Rionu. Był wysoki i smukły, poruszał się z gracją, niczym kot, a całą
jego postać otaczała aura dostojeństwa. Rysy twarzy miał łagodne i harmonijne,
okolone długimi, jasnymi włosami, opadającymi miękko na ramiona, na których
spoczywał misternie wykonany, złoty diadem. Pierś okalała jedwabna, błękitna
tunika, wyszywana złotymi nićmi. Najbardziej zadziwiające jednak były jego oczy
– wyglądały, jak zrobione z masy perłowej – bezkresne, zdające się wwiercać w
duszę.
- Teraz, gdy już jesteśmy wszyscy, pozwólcie, że przedstawię wam
naszych gości – zabrał znów głos król, wskazując dłonią dwie postacie w jasnych
szatach, siedzące nieco z boku. – Oto wysłannicy z Cytadeli Światła, kapłani
Białego Ognia, których zakon często służył nam pomocą.
Hashin zdziwił fakt, że król sam przedstawia swoich gości. Mimo, iż
pierwszy raz była na audiencji, coś jej mówiło, że nie tak to powinno wyglądać.
Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, więc i ona przestała się przejmować.
Wskazani mężczyźni wstali i ukłonili się zebranym. Jeden z nich okazał się
młodym, wysokim mężczyzną o krótkich, płowych włosach i pogodnym spojrzeniu.
Jego ogorzałą od słońca twarz pokrywały skomplikowane, srebrzyste tatuaże o
kolistych kształtach, przecinające się w wielu miejscach. Ubrany był w kremową
togę, na której widniały białe wzory, bardzo podobne do tych na twarzy. Pomimo
młodego wieku w dłoni trzymał laskę z bardzo jasnego drewna, prostą, dość skromną.
Towarzyszył mu, niemal równy wzrostem, ciemnoskóry kapłan w ciemniejszych
szatach, o uważnym, badawczym spojrzeniu. Tatuaże pokrywały tylko jedną stronę
jego twarzy.
- Dziękujemy za miłe przyjęcie, królu Rheänorze – odezwał się
jasnowłosy mężczyzna, kłaniając nisko władcy Rionu. – Nazywam się Ŷkara i
jestem Arcykapłanem Zakonu Białego Ognia. Towarzyszy mi mój dobry przyjaciel i
doradca, kapłan Sizirëi – wskazał swego towarzysza, który również skłonił się w
pas. – Tak, jak to bywało przed wiekami, gdy nowo wybrani arcykapłani
odwiedzali postronne królestwa, tak teraz ja, obejmując swój urząd przybywam do
ciebie, mój panie, złożyć hołd i zapewnić o wciąż trwającej przyjaźni pomiędzy
twym państwem a Cytadelą Światła. Wciąż gotowi jesteśmy służyć ci dobrą radą w każdej
sytuacji.
Król
podszedł do niego z uśmiechem i ułożył dłonie na jego ramionach.
- Niezwykle cieszą mnie twoje słowa, przyjacielu i gratuluję objęcia
tak zacnej funkcji. I to w jak młodym wieku! O ile dobrze pamiętam, twój
poprzednik, w chwili wybrania na arcykapłana, mógłby się nazwać twoim ojcem –
Rheänor roześmiał się serdecznie. – Proszę, czujcie się, jak u siebie i
pozwólcie, że przedstawię wam naszą chlubę tak, jak to się działo od wieków,
gdy arcykapłani odwiedzali Rion – to powiedziawszy wskazał gościom dwa
wyściełane krzesła, ustawione nieopodal tronów i sam zajął swoje miejsce.
Na środek zaczęli wychodzić mistrzowie wszystkich cechów, wraz ze swoimi
najzdolniejszymi studentami, chwaląc się umiejętnościami i osiągnięciami. Po
kilkunastu pokazach przyszła kolej również na Mistrza Lothandira. Jego
najlepszą uczennicą okazała się młoda, temperamentna demonica imieniem Yjiki.
Była w wieku Maethoriona, lecz to jej nie przeszkodziło w opanowaniu do
perfekcji polimorfii i iluzji. Potrafiła zmienić się w ptaka i stworzyć marę
smoka w tym samym czasie. Goście, jak i wszyscy zgromadzeni byli wręcz
zachwyceni pokazem, choć całkiem wyczerpał on jej siły, a mentor
zmiennokształtnej wręcz pęczniał z dumy. Hashin bardzo zazdrościła Yjiki
zdolności. Poza tym, demonica była tak pewna siebie, jak mała szamanka nigdy by
nie potrafiła. Przyszedł również czas na Mistrza Kaque i jego jedyną uczennicę.
Szaman przedstawił swoją podopieczną i opowiedział dokładnie, do czego jest
zdolna, ile się nauczyła i w jakim czasie.
- Rozmawiasz ze zmarłymi, Hashin? – zainteresował się Arcykapłan.
Dziewczynka
przez chwilę patrzyła w jego jasnoniebieskie oczy, kryjąc się za połami
płaszcza swojego mentora i w końcu skinęła głową.
- Rozmawiam tylko z tymi, którzy pozostali. Żeby porozumieć się z
kimś, kto przeszedł już na drugą stronę, muszę go wcześniej przywołać… –
odpowiedziała cicho.
- Fascynujące – szepnął Ŷkara. – A mogłabyś porozmawiać z moim
poprzednikiem?
- Myrÿndir jest już w Zaświatach.
Kaque spojrzał na Hashin oniemiały. Nigdy nie wspominał starego
arcykapłana, nie wypowiedział jego imienia. Skąd ona je znała? Zmarł przecież
dwa lata przed jej pojawieniem się w Rionie…
- Więc musiałabyś go przywołać?
Mała
szamanka już miała odpowiedzieć, lecz ledwo nabrała powietrza w płuca, gdy
odezwał się jej mistrz:
- Mój panie, Hashin uczy się od niedawna, nie jest jeszcze gotowa na
przywołanie ducha, szczególnie tak potężnego. Poza tym, wybacz, lecz nie godzi
się zakłócać spokoju zmarłych bez naprawdę ważnego powodu – powiedział szybko,
robiąc krok do przodu.
- Och, rozumiem – Arcykapłan zasmucił się lekko, lecz po chwili jego
twarz znów się rozpogodziła. – Wybaczcie mi nietakt.
- To nie był nietakt – wtrąciła dziewczynka. – Nazwałabym to raczej
brakiem dostatecznych informacji. Poza tym, kto pyta, nie błądzi – powiedziała
spokojnie, odzyskując animusz.
- Trafne spostrzeżenie… – odparł powoli Ŷkara, jakby ważąc słowa.
Hashin
zmarszczyła lekko złote brwi. Kapłan Sizirëi patrzył na nią beznamiętnie,
władca Rionu z czymś na kształt współczucia, Arcykapłan niepewnie. Z lękiem
podniosła wzrok na Mistrza Kaque. Jego twarz wyrażała zmieszanie i… wstyd.
Wtedy zrozumiała – to ona popełniła nietakt, w dodatku przed samym królem.
Powinna była siedzieć cicho, nie wolno jej było się odezwać, szczególnie w taki
sposób. Zarumieniła się z przerażeniem i na powrót skryła twarz w połach
płaszcza swojego mentora.
- Najjaśniejszy panie, jeśli pozwolisz, oddalimy się – odezwał się po
chwili szaman, marszcząc mocno brwi i starając się nie zaciskać pięści, za to
mięśnie jego szczęki uwydatniły się nagle.
Król
jedynie skinął głową. Hashin ze łzami wstydu w oczach podreptała za swym
opiekunem. Wolała nawet nie myśleć, jak czuł się mężczyzna idący przed nią.
-
Hashin, słuchasz mnie? – zniecierpliwił się Maethorion, przerywając
przygotowywanie listy rzeczy potrzebnych im do podróży.
Szamanka zamrugała parokrotnie, wyrwana z
rozmyśleń i spojrzała z niezrozumieniem na przyjaciela. Mroczny Elf westchnął
tylko, kręcąc głową.
-
O czym tak rozmyślasz? – zapytał już łagodniej, siadając obok na łóżku.
-
Przypomniały mi się czasy naszego dzieciństwa – przyznała, przenosząc wzrok na
najbliższe okno.
Rosnące pod nim drzewo wyciągało rozłożyste
gałęzie do przejrzystego nieba, a soczyście zielone liście szeleściły cicho na
wietrze.
-
Tamten dzień, w którym Rion odwiedził Arcykapłan – ciągnęła po chwili
milczenia. – Jestem ciekawa, kim jest obecny – dodała, zwracając zielone oczy
na Maetha.
-
Nie pozostaje nam nic innego, jak dotrzeć tam i się przekonać – odpowiedział mężczyzna,
uśmiechając się kątem ust.
-
Wolałabym nie brać ze sobą Reya – mruknęła Hashin, obejmując swoje ramiona. –
Nie chcę niczego przyspieszać.
-
Obawiam się, że nie mamy innego wyjścia. Zorza Zmierzchu wciąż stoi w porcie, a
nie mamy pewności, czy w najbliższym czasie zawinie tu jakiś inny statek i czy
akurat będzie płynął na Stary Kontynent. Stara biblioteka nie powinna go
interesować, więc może zostanie na statku.
-
Przez parę tygodni? – elfka spojrzała na niego z powątpiewaniem. – Umrze tam z
nudów.
-
Naprawdę sądzisz, że może być reinkarnacją Pierwszego?
-
Jeśli mam być szczera, trudno mi w to wszystko uwierzyć. Ale to właśnie jego
widziałam w swojej wizji. To on nosił maskę As’Ormi. W dodatku te wszystkie
twarze… każda z nich posiadała złotą tęczówkę. Zawsze lewą. Rey również taką
ma.
-
I miał ją Aarugha.
-
To by mogło wyjaśniać, dlaczego znalazł Vishagin. Smok i Jeździec zawsze się
odnajdą. A oni byli dość specyficzną parą, czemu więc ich więź nie miałaby
przetrwać śmierci jednego z nich? – zauważyła szamanka. – Poza tym, gdy Aarugha
wyciągnął mnie z rąk barbarzyńców, Leśne Wyrocznie[1]
nazwały go Zapomnianym.
-
Wciąż to pamiętasz? – zdziwił się An’Sharr[2].
Kobieta uśmiechnęła się mimowolnie.
-
Wiesz, mój drogi, ja mimo wszystko mam całkiem dobrą pamięć.
-
Myślałem, że wyrzuciłaś to z umysłu.
-
Nie, nigdy niczego nie wyrzuciłam z pamięci. Uwielbiam zachowywać rzeczy, o
których zapominają inni.
-
Tak? Co na przykład? – zainteresował się Maethorion, rozsiadając wygodniej i
opierając plecami o jedną z kolumienek łóżka podtrzymujących baldachim.
-
Na przykład to, że jako dziecko nienawidziłeś warzyw.
-
Naprawdę?
-
Tak, w stołówce niesamowicie się krzywiłeś do sałatek.
-
No dobrze. Coś jeszcze?
-
Pamiętam też zimowe zabawy Mistrza Lothandira.
Elf skrzywił się mimowolnie, pamiętając jak
dziś ogromną śnieżną zaspę, jaka spadła na niego z drzew rosnących pod zamkiem
za sprawą ryżego maga.
-
Ja również. Aż za dobrze – mruknął.
-
Brakuje mi ich – stwierdziła nagle Hashin, opuszczając głowę. – Mistrza Kaque,
Lothandira, Roana i całej reszty…
Maethorion przysunął się do niej i objął
ramieniem jej talię, muskając wargami miękkie, jasne włosy.
-
Mnie też ich brakuje. Ale taka już kolei Losu. Nie mogliśmy nic poradzić na to,
co się stało – wymruczał, starając się ją pocieszyć.
Szamanka oparła się o niego, przymykając
powieki.
-
Wiem o tym – odparła cicho, nakrywając dłońmi obejmujące je ręce przyjaciela. –
Ale i tak wciąż za nimi tęsknię. Mimo iż tak naprawdę ciągle mam ich obok.
-
Lothandira i Kaque?
-
Tak. Nie opuścili mnie przez te sześćset lat. Nieustannie trwają u mojego boku,
mimo iż dawno mogli odejść do Zaświatów.
Mroczny
Elf jedynie odetchnął głębiej, opierając policzek o skroń Hashin. I on ich
wyczuwał. Nawet teraz. Ale tylko zielonooka elfa czuła dotyk znajomej dłoni na
policzku, pokrzepiający uścisk wokół ramion. Gdy zamknęła powieki jej dar
pozwalał zobaczyć eteryczne sylwetki stojące obok. Wiedziała, że jej nie
opuszczą, dopóki nie nadejdzie czas by zrzuciła śmiertelną powłokę. Że tak, jak
ona wyczekują spotkania w Zaświatach. Że też tęsknią. Że wciąż ją kochają.
Westchnęła cicho, oddając się w ramiona swoich opiekuńczych duchów. I mimo iż
czuła cień dotyku, tęskniła za ciepłem ich dłoni, blaskiem oczu, dźwiękiem ich
głosów. Każdy z nich był dla niej ważny. Każdego na swój sposób kochała. Jeden
wychował ją, jak córkę, drugi uczynił kobietą. I to z powodu ich śmierci mało
sama nie skonała z rozpaczy, gdy jej serce pękało na miliony kawałków.
Zadrżała
delikatnie, czując chłodne muśnięcie na policzku.
-
Nie opuścimy cię, Hashin – usłyszała
ciepły, męski głos. – Zawsze możesz na
nas liczyć.
Uśmiechnęła się subtelnie. Lothandir nigdy
nie stronił od kontaktu, nawet, gdy jego ciało spłonęło na pogrzebowym stosie.
Czuła, że Kaque stoi obok, patrząc na nią ze swoją zwyczajową troską
pobłyskującą na dnie wrzosowych tęczówek i wiedziała, że zgadza się ze słowami
towarzysza. Podniesiona na duchu uchyliła powieki i pewniej wtuliła się w tors
Maethoriona.
-
Na pewno wszystko się ułoży – powiedziała cicho, spoglądając w okno, gdzie
wieczorne zorze barwiły horyzont pięknymi oranżami. – Co ma być, to będzie.
***
Przygotowanie
się do podróży zajęło im następne trzy dni. Zgromadzili prowiant, spakowali
potrzebne rzeczy i weszli na pokład Zorzy Zmierzchu tuż przed świtem. Minęło
sporo czasu, odkąd Hashin stąpała po tych deskach ostatni raz. Sam statek nie
zmienił się bardzo, w przeciwieństwie do załogi. Jednak czemuż się dziwić?
Piractwo bywa ryzykowne, więc Rey zapewne często prowadził nabór na zwolnione
miejsca. Mimo iż postój w Porcie Północnych Wiatrów trwał dwa dni dłużej, niż
zazwyczaj i każdy z marynarzy zdołał już zaspokoić, choć po części, swoje
żądze, na widok kobiety wciąż reagowali tak samo. Tym bardziej, gdy wchodziła
na ich statek. Sugestywne gwizdy i niewybredne komentarze zasypały szamankę,
gdy tylko pokonała trap.
-
Hej, Laluniu! – rzucił ktoś z rei, zaraz potem gwiżdżąc przeciągle.
-
Maleńka, nauczyć cię stawiać żagle? – zawołał inny, zanosząc się śmiechem.
-
Chodź do nas, nie pożałujesz!
Hashin przewróciła z politowaniem oczami,
zatrzymując się pomiędzy masztami, na środku pokładu.
-
Biedacy, nie wiedzą, z kim mają do czynienia – mruknął z rozbawieniem
Maethorion, idąc obok.
Elfka uśmiechnęła się kątem ust.
-
W takim razie chyba powinnam ich nieco oświecić – stwierdziła spokojnie, w
następnej chwili mocno uderzyła kosturem o deski Zorzy.
Magiczna fala rozeszła się po całym statku,
zwalając z nóg większą część marynarzy i tym samym wywołując wśród nich spore
zdziwienie. Maethorion pokręcił z rozbawieniem głową – nie ma to, jak mały
pokaz siły na sam początek.
-
Panowie – odezwała się szamanka, podchodząc wolnym krokiem do znajdującej się nieopodal grupki piratów. – Tak się składa, że przez najbliższy czas będziecie mieli
przyjemność żeglować w moim towarzystwie. Dlatego wyjaśnijmy sobie parę spraw –
o dziwo, wśród zebranych panowała cisza nie mniejsza, niż gdyby przemawiał do
nich sam kapitan. – Podczas trwania tego rejsu nie życzę sobie komentarzy w
typie tych, którymi zaszczyciliście mnie chwilę temu. Tym bardziej nie życzę
sobie, by którykolwiek z was choćby pomyślał, o dotknięciu mnie. Nie jestem z
typu kobiet, które nie potrafią o siebie zadbać. Nie jestem też z takich, które
potrafią jedynie głośno protestować, gdy ktoś się do nich dobiera. A o
postrzeganiu mnie, jako portowej dziwki już zupełnie nie ma mowy – elfka spokojnie
przechadzała się po pokładzie, mierząc mijanych marynarzy nieco rozbawionym
spojrzeniem. – Mówiąc w skrócie – macie mnie traktować z szacunkiem.
-
A co, jeśli nie będziemy chcieli się do tego zastosować? – zapytał Krwawy Elf,
do złudzenia przypominający z rysów twarzy samego Reya Upiora, wychodząc
spomiędzy szeregów załogi.
-
Wówczas będziecie o suchym pysku tak długo, aż nie wyzdychacie – odezwał się
twardy głos od strony trapu. – Ewentualnie mogę karać nieposłuszeństwo bardziej
tradycyjnie i wieszać delikwentów na rei.
Wszyscy,
jak jeden mąż spojrzeli w tamtym kierunku. Rey Upiór wszedł spokojnym,
nonszalanckim krokiem na pokład, zatrzymując się pomiędzy Hashin a swoim
młodszym bratem, Shane’em. Zmierzył swojego pierwszego oficera uważnym spojrzeniem
szkarłatnej tęczówki, przez chwilę mierząc się z nim wzrokiem, a w końcu
zwrócił się do reszty załogi:
-
Hashin i Maethorion są moimi osobistymi gośćmi, dlatego mają być odpowiednio
traktowani – zastrzegł.
Nie musiał podnosić głosu. Na statku
panowała idealna cisza, jak za starych, dobrych lat, co szkarłatnowłosy elf
powitał z zadowoleniem.
-
Czy wyraziłem się jasno? – zapytał jeszcze dla pewności.
Odpowiedź padła natychmiast.
-
Ay, kapitanie!
Rey uśmiechnął się kątem ust, zaraz potem
podnosząc głos:
-
Dosyć gadania, ruszać się, panienki! Stawiać żagle!
Cała
załoga bez ociągania zabrała się do pracy, rzetelnie wykonując wszelkie
polecenia. Bosman i pierwszy oficer uważnie pilnowali, by wszystko szło
sprawnie, a Rey w tym czasie zaprowadził przyjaciół do kajuty oficerskiej,
którą mieli zajmować podczas rejsu. Niestety nie było mowy o tym, by Hashin i
Maethorion mieli osobne lokum – Zorza Zmierzchu była spora, jak na galeon,
jednak nie posiadała osobnych kajut dla gości. Na szczęście im to wcale nie
przeszkadzało. Elfka podejrzewała, że na każdym innym statku dostaliby hamak w
ładowni, więc mogli śmiało powiedzieć, że Rey zapewnił im najwyższe luksusy w
podróży.
Stojąc
przy oknach rufowych we trójkę obserwowali, jak Port Północnych Wiatrów znika w
oddali. Hashin czuła, że to będzie ciężka podróż, szczególnie, że sam Rey wciąż
jeszcze nie został wtajemniczony w jej szczegóły. Na szczęście na razie wydawał
się wystarczająco zaabsorbowany ponownym wypłynięciem w morze, by chwilowo o
tym nie pamiętać. Było jednak jasne, że któregoś dnia zażąda wyjaśnień i
szamanka miała nadzieję, że uda jej się wszystko dyplomatycznie przeprowadzić i nie zdradzić
czegoś, czego później mogłaby żałować.
[1] Leśne
Wyrocznie – (inaczej Ciche Wieszczki) twory boga lasu, Jahra; więcej na
podstronie „Alfabetycznie”.
[2] An’Sharr
– (z języka autorskiego) Mroczny Elf.
____________________________
Przyznam szczerze, pojechałam w tym rozdziale... Fragment z Lothandirem i Kaque wyszedł dość kiczowo i ckliwie, ale nie miałam pojęcia, jak to zmienić, żeby było bardziej znośnie. Więc zostało tak, o. I łaskawie proszę swoich stałych czytelników o nie bicie mnie za wyżej wymienioną dwójkę.
Nie mogę się przyczepić - połączyłaś tu nowe ze starym ;) fajnie wyszło, retrospekcja odświeżyła mi pamięć i mam nadzieję, że jeszcze Hashin wróci do tego typu spraw już dawnych ;) *Maeth*
OdpowiedzUsuńRetrospekcji jeszcze trochę będzie, to mogę obiecać. :P I cieszę się, że się podobało, mimo iż sama nie jestem zadowolona. ;)
OdpowiedzUsuńGdyby nie te tysiącletnie przerwy między rozdziałami, byłaby celująca. A tak jest tylko bardzo dobra z plusem.
OdpowiedzUsuń:*
Ej, wcale nie tysiącletnie! To tylko dwa miesiące! Kiedyś potrafiłam robić większe przerwy i w dodatku rozdziały były krótsze. Więc nie narzekaj, dobrze jest. :P
OdpowiedzUsuń