8 września 2011

Prolog

       Wspomnienia... Czymże one są? Ulotną chwilą zapisaną przez kronikarza zwanego pamięcią. Ukrytą w tysiącu pergaminowych kart, przechowywanych w bibliotece naszego umysłu. Jak wielobarwne motyle pochwycone w sieć. Co z tego, że umierają? Wciąż są, schowane za szkłem, by czas nie uszkodził ich kruchych skrzydeł. Są jak kwiaty, zrywane, by cieszyć oko paletą barw, zasuszone, by pamiętać... Lecz kiedyś nadejdzie dzień, gdy kolory zbledną, a płatki i skrzydła rozsypią się w proch w objęciach przeznaczenia. Wspomnienia... Ulotne, jak sny...
       I ja pamiętam. Każdą chwilę mego wiekowego życia. Każdy upojny moment, nawet ten nie warty zapamiętania... Pamiętam każdą radość, każdy smutek, głupotę i sprawy naprawdę ważne. Każdy gest, spojrzenie, każde słowo. Tak wiele pamiętam... Tak bardzo jestem bogata. Bogata dzięki skarbom mojego umysłu, dzięki wspomnieniom...

       Gęsie pióro zawisło nad pergaminem, a zielone oczy spokojnie prześledziły tekst zapisany eleganckim, pochyłym pismem. To był dopiero początek opowieści, jaką elfka postanowiła spisać. Na pamiątkę tych wszystkich wydarzeń. Na pamiątkę tych wszystkich istnień, jakie owe wydarzenia pochłonęły. Niejednokrotnie istnień bardzo jej bliskich.
       Westchnęła od serca, odłożyła pióro, zamknęła kałamarz i pieszczotliwym gestem przesunęła po pierwszej stronie kroniki, którą zaczęła pisać. Miała nadzieję, że uda jej się wiernie oddać to, co jej samej się przytrafiło. Jednakże na dzisiaj wystarczy, obowiązki wzywały. Odsunęła krzesło i wstała lekko od biurka, wolnym krokiem podchodząc do okna. Ogród zamku w Ostoi cieszył oczy cały rok, dzięki zaklęciom, które nie dopuszczały do zmian temperatury i pomagały roślinom kwitnąć. Jednakże w lecie całe jego piękno ukazywało się ze zdwojoną siłą. Elfka wzięła głęboki oddech, napełniając płuca świeżym powietrzem wypełnionym słodką wonią kwiatów. Delikatny podmuch wiatru wpadł do komnaty, podrywając jej jasne włosy do tańca. Dzień był pogodny, ciepły, żeby nie powiedzieć, że parny. Pewnie popołudniem nawiedzi ich kolejna burza.
       Dość sprawnie udało jej się ogarnąć wszystkie sprawy organizacyjne zamku tak, by jego mieszkańcom niczego nie brakowało. Choć z drugiej strony, o co niby miałaby się troszczyć, skoro to sama twierdza spełniała nieomal wszystkie zachcianki mieszkających w niej istot? Cóż, choćby o to, by pradawne sploty zaklęć okalające cały zamek wciąż trwały niewzruszenie. To miejsce było iście nieziemskie i Hashin dziękowała bogom, że pozwolili jej tu trafić. Z początku sądziła, że to czysty przypadek, jednak teraz wiedziała, że zarówno jej losami, jak i losami jej towarzyszy wciąż kierowało Przeznaczenie.
       - Jak twoje prace piśmiennicze? – rozległ się niski, męski głos, który szamanka doskonale znała.
Zatrzymała się przed drzwiami prowadzącymi do ogrodu i odwróciła, uśmiechem witając przyjaciela.
       - Ledwie starczyło mi czasu na zaczęcie całej opowieści – odparła, wpatrując się w intensywnie niebieskie oczy Maethoriona. – Ale zamierzam jeszcze dziś do tego wrócić. Kiedy tylko trochę odsapnę. Wieczne ślęczenie nad rozsypującymi się księgami bywa męczące.
Mroczny Elf roześmiał się serdecznie, otwierając solidne drzwi i gestem dłoni zapraszając kobietę do ogrodu.
       - Nie wierzę, ciebie męczy siedzenie nad książkami? – zapytał z rozbawieniem, ruszając za nią.
       - Och, no wiesz, starość, nie radość – zauważyła z pobłażliwym uśmiechem, czekając, aż mężczyzna do niej dołączy.
       - Wybacz, że to powiem, ale muszę się z tobą zgodzić. Chyba rzeczywiście zaczynasz się starzeć. Zanim tu trafiłem, w życiu bym nie powiedział, że jeszcze kiedykolwiek zobaczę cię w sukni. W dodatku w dzień powszedni – przyznał An’Sharr[1], podając towarzyszce ramię, które przyjęła z właściwą sobie lekkością.
       - Widać w przeciwieństwie do  n i e k t ó r y c h  postanowiłam w końcu dojrzeć – odcięła się Hashin, odpowiednio akcentując swoją wypowiedź. – A jak tam twoje sprawy sercowe, mój drogi? Znalazła się w końcu ta jedna jedyna, czy nadal poznajesz kobiety od dupy strony? – zapytała bezpośrednio, patrząc na niego kątem zielonego oka, gdy wolno szli jedną z brukowanych alejek.
       - Od kiedy to jesteś taka wulgarna? – odpowiedział pytaniem Maeth, z przesadnym zdziwieniem w głosie.
       - Od kiedy trafiłam na statek Reya Upiora?
       - Ach, no tak, to wszystko wyjaśnia…
       - Co nie zmienia faktu, że nie odpowiedziałeś na moje pytanie – przypomniała z odrobinę złośliwym uśmiechem.
       - Pozwól, że powstrzymam się od odpowiedzi.
       - Nie pozwalam – niemal weszła mu w słowo.
       - Nie, nie znalazła się jeszcze „ta jedyna”.
       - A więc miałam rację.
       - Hashin, proszę… Fakt, że nie związałem się z nikim na stałe, nie znaczy, że przez te osiemset lat nie wydoroślałem. Ty przecież też z nikim nie jesteś w trwałym związku – wytknął.
       - Bo ja jestem szamanką, mój drogi, mnie nie wolno – stwierdziła beztrosko.
       - Jakbyś kiedykolwiek przywiązywała wagę do narzuconych ci zakazów…
       - Oj, przecież wiesz, że się droczę – westchnęła, przewracając teatralnie oczami.
       - Wiem, Skrzacie – stwierdził beztrosko Maethorion, delikatnie muskając wargami jej skroń, zupełnie, jak za dawnych lat. – Nic się pod tym względem nie zmieniłaś.
Hashin tylko roześmiała się serdecznie w odpowiedzi i chwyciwszy przyjaciela za dłoń, zeszła z kamiennej ścieżki, wchodząc w głąb ogrodu.
       Jedną ręką podebrała nieco stalowoniebieską suknię, miękko stąpając po soczyście zielonej trawie. Zatrzymała się dopiero nieopodal białego muru okalającego cały zamek i usiadła pod rozłożystym dębem, opierając plecy o spękany pień. Maeth zaraz poszedł w jej ślady, obejmując ramieniem smukłą talię elfki i przyciągając ją do swojego boku. Uśmiechnęła się łagodnie, zakładając za spiczaste ucho kosmyk włosów w kolorze dojrzałej pszenicy i podkuliła nogi, wtulając się w niego bez protestu. Oparła skroń o silny bark i przymknęła powieki, biorąc głęboki oddech. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuła się zupełnie bezpieczna, spokojna i odprężona. Po tylu wiekach wędrówek, tułaczek, żeby nie powiedzieć „wygnania”, każdą taką chwilę witała z otwartymi ramionami, ciesząc nią tak długo, jak tylko mogła. Maethorion stanowił jej osobistą ostoję, krynicę spokoju, z której mogła na nowo czerpać, po tylu latach rozłąki. Tak naprawdę nigdy nie przestała wierzyć, że kiedyś znów się odnajdą, mimo iż czasami zaczynała wątpić i jej umysł okrywały myśli czarne, niczym całun samej śmierci. Serce jednak wciąż żyło nadzieją, że ta ostatnia z bliskich jej osób gdzieś tam jeszcze jest. I nie pomyliła się. Chociaż nigdy by nie przypuszczała, że spotkają się właśnie w Ostoi. Na Nowym Kontynencie, wciąż jeszcze w większości okrytym tajemnicą. Jednakże skoro stało się tak, a nie inaczej, Los musiał mieć wobec nich jakieś plany. Oboje czuli, że szykuje się jakaś zmiana i że będzie miała ona swój początek właśnie w magicznym, białym zamku Ostoi. Nie sądzili jednakże, iż nastąpi to tak szybko.
       Spokój odpoczywającej w zielonkawym półmroku pary został zakłócony szybciej, niż by sobie tego życzyli. Odległy odgłos kroków zignorowali, w końcu zamek miał też innych mieszkańców, dlatego nie było dziwnym, iż ktoś wybrał się na spacer po ogrodzie. W ciągu tych kilkunastu minut jasne alejki przemierzyło już w końcu parę osób. Jednakże te konkretnie kroki miały zostać skierowane akurat pod rosnący nieopodal muru dąb. Do tej konkretnie dwójki. Bowiem w ich stronę kierował się nikt inny, jak sprawca niemal każdego zamieszania w Porcie Północnych Wiatrów, znajdującym się kilkanaście minut drogi od ich małego azylu.
       Rey Upiór, niegdyś najokrutniejszy pirat, jaki kiedykolwiek pływał po morzach znanego świata, był żywym dowodem na to, że każdy może się zmienić. I pewnego dnia miało się okazać, iż jego postać jest świadectwem zmian nie tylko dotyczących jego osoby.
       Wysokie, podkute oficerskie buty tego dnia wystukiwały zaskakująco żywy rytm. Może dlatego, iż ich właściciel od jakiegoś czasu miał po prostu wyborny humor. Nieomal tanecznym krokiem zszedł z ogrodowej ścieżki wyłożonej białym kamieniem i skierował się w stronę odpoczywających elfów.
       - Och, no proszę, jaki śliczny obrazek – w ciszę błogo osnuwającą Hashin i Maethoriona wdarł się aż nazbyt znany im głos.
Chociaż tym razem wydawał się jakby mniej ochrypły od ciągłego przekrzykiwania wiatrów targających statkiem na otwartym morzu.
       Elfka podniosła nieco niezadowolone spojrzenie i przez moment z niedowierzaniem wpatrywała się w przystojną, niczym nieskalaną twarz Krwawego Elfa. Pamiętała rysy, szelmowski błysk w szkarłatnej tęczówce, jednak przyzwyczajona do czarnej przepaski zakrywającej prawe oko, teraz nie mogła napatrzyć się na powód jej braku. Pod wąską brwią, pomiędzy lśniącymi rdzawo rzęsami spozierało na nią oko, które Rey stracił stulecia temu.  A teraz, niemal po czterech wiekach, znów tkwiło na swoim miejscu. Zupełnie sprawne i… złote. Szczerozłote. Tak znajome…
       - No już, nie przyglądaj mi się tak – mruknął z rozbawieniem Rey, wyrywając Hashin z zamyślenia.
       - Mam ci się nie przyglądać? – zapytała, odzyskując animusz i podała mężczyźnie dłonie, by pomógł jej wstać. – Teraz, kiedy wreszcie jest, na co patrzeć?
Czerwonowłosy prychnął tylko, jednak w następnej chwili wziął elfkę w ramiona i śmiejąc się radośnie, okręcił się z nią wokół własnej osi.
       - Czuję się, jak nowonarodzony! – wykrzyknął, stawiając ją w końcu na ziemi.
       - Szczerze powiedziawszy, widać, jak na dłoni – wtrącił się Maethorion, również podnosząc się z soczystej trawy. – Ale może opowiedziałbyś nam, jakim sposobem nabyłeś nową skórę?
       Usiedli w jednej z kilku sali bawialnych, sącząc wyborne, stare wino i słuchając opowieści Reya, który nie omieszkał okrasić swojej historii barwnymi opisami walk z wiatrami oraz sztormem, z resztą, czegóż się po człowieku morza spodziewać? Opowiadał o swoim rodzeństwie i wiernej załodze, która, mimo iż od niedawna znajdowała się pod wodzą brata Upiora – Shane’a – wciąż postrzegała słowo zaprawionego w bojach kapitana, jako święte. Nie zapomniał wspomnieć również o młodej lamii, która jakimś trafem dostała się na statek i bardzo wiernie oddał, jak to się jej bohatersko pozbył, gdy mała bestia pokiereszowała jego marynarza.
       Przez opowieść Reya przewinęły się szczegółowe opisy niemal wszystkich dni rejsu, uwzględniając również kilkudniowy postój na Smoczej Wyspie, gdzie elf gromadził skarby ze swoich napaści.
       - …nie chwaląc się oczywiście wspomnę, że niemal cała jaskinia pod wyspą wypełniona jest złotem i kosztownościami – stwierdził z dumą pirat. – Rzecz jasna przywiozłem wam parę skrzyń, żebyście nie czuli się poszkodowani. Więcej nie pozwoliła mi zabrać Gin – dodał po chwili, jakby z lekkim zakłopotaniem.
       - Kim jest Gin? – zapytał z zaciekawieniem Maethorion.
       - To Czerwony Smok, konkretniej smoczyca, która strzeże mojego skarbu – wyjaśnił czerwonowłosy. – Czy raczej swojego, jak twierdzi.
Hashin, do tej pory w milczeniu przysłuchująca się opowieści, spojrzała na niego ze szczerym zaskoczeniem.
       - Nie powiesz nam chyba, że jesteś jej Jeźdźcem? – odezwała się, unosząc brew.
       - Jeźdźcem? – Rey popatrzył na nią ze zdziwieniem. – Ależ skąd! Ona tylko ze mną rozmawia.
       - Jak ją znalazłeś? – dopytywał się Maeth.
       - Mieszkała na tamtej wyspie, gdy pierwszy raz tam zacumowałem. Chętnie przystała na moją propozycję.
       - Obiecałeś dorzucać co nieco do jej skarbca w zamian za ochronę twojego złota? – ciągnął Mroczny Elf, bawiąc się pustym kieliszkiem.
       - Tak. To była dobra inwestycja. I tak bogaciłem się dość szybko, by dogodzić i sobie, i jej. Nie dość, że jako elf żyję stosunkowo długo, to mój dar dał mi pewność, że zbyt szybko tego świata nie opuszczę.
       - To całkiem logiczne – zauważyła Hashin. – I jak ma na imię ta smoczyca? Gin?
       - Nie, Gin to zdrobnienie. Nazywa się Vishagin.
       Zarówno szamanka, jak i siedzący obok elf spojrzeli na Reya doszczętnie zszokowani. Vishagin? To imię było im aż nazbyt znane. Ale dlaczego smoczyca Aarughi zaakceptowała Reya? Takie rzeczy zdarzały się tylko wobec osób spokrewnionych z Jeźdźcem, a pirat nie wydawał się w żadnym stopniu podobny do ich dawnego towarzysza. Hashin i Maethorion spojrzeli na siebie w milczeniu, choć między nimi wybuchła istna burza pytań. Krwawy Elf w tym czasie zmarszczył brwi, patrząc na nich z niezrozumieniem.
       - Coś nie tak? – zapytał, obserwując to jedno, to drugie.
       - Nie, skądże – odpowiedziała elfka, zdobywając się na uśmiech. – Po prostu jej imię brzmi bardzo podobnie do imienia smoczycy, którą znaliśmy – wyjaśniła na tyle wiarygodnym tonem, że Rey chyba jej uwierzył, wracając do swojej opowieści.
       W końcu jednak kapitan Zorzy Zmierzchu przeszedł do konkretów – po niemal godzinie opowiadań, godnych najznamienitszych bajarzy. Okazało się, iż na zapomnianej przez wielu marynarzy wyspie, zamieszkiwanej swoją drogą przez bardzo ciekawą populację, Rey znalazł źródło młodości. Całkiem przypadkiem, jak twierdził. Była to zwyczajna rzeka spływająca z gór do morza. Zbliżał się wieczór i Krwawy Elf chciał odświeżyć się po długiej podróży w upałach, dlatego też zanurzył ciało w przyjemnie chłodnym nurcie, nieświadom jego leczniczego działania. Dopiero, gdy wyszedł na brzeg i spojrzał na swoje dłonie, uświadomił sobie, jak cenny skarb przyszło mu znaleźć. Niemniej jednak położenie magicznej rzeki pozostawił w tajemnicy, wiedząc, że jego załoga szybko rozniosłaby tę nowinę po wszystkich portach, jakie zna cywilizacja, a to z kolei przyniosło zagładę na dziewiczą wyspę.
       - Moim zdaniem słusznie zrobiłeś – powiedział Maethorion po chwili zastanowienia. – Szkoda by było, żeby tą wyspę zaczęły nawiedzać rzesze istot chcących się odmłodzić.
       - To prawda. Myślę, że żyjący tam ludzie będą szczęśliwsi bez stałych odwiedzin – dodała Hashin.
       - Mnie również się tak wydaje, dlatego swojej załodze kazałem uwierzyć w lecznicze działanie maści przygotowanej przez Zehis – odpowiedział Rey, krzyżując ramiona na piersi.
Jego mina sugerowała, że jest z tego powodu bardzo z siebie zadowolony.
       - Jak rozumieniem to jedna z twoich „towarzyszek życia”? – zapytała z przekąsem szamanka, jako że pirat już wcześniej wspominał o tym, że na wyspie dziwnym trafem mieszkają nieomal same kobiety.
       - Tak, jedna z pięciu. Dzięki nim mam przynajmniej liczną rodzinę – stwierdził czerwonowłosy, na co reszta towarzystwa parsknęła śmiechem. – Nie rozumiem, co w tym jest takiego śmiesznego… - mruknął zaraz z udawaną urazą, jednak po chwili sam również się roześmiał i podniósł z miejsca. – No nic, zostawiam was, ktoś musi nadzorować ostatnie przygotowania Zorzy do wypłynięcia w morze. Bawcie się ładnie – dodał z wymownym uśmiechem, sprężystym krokiem opuszczając salę.
Pozostawiona samym sobie para w pierwszej chwili prychnęła zgodnie, zaraz spoglądając po sobie i znów wybuchając serdecznym śmiechem. Opanowanie przyszło jednakże zaskakująco szybko. Hashin wstrzymała na moment oddech i chwyciła siedzącego obok Maethoriona za ramię. Jej źrenice rozszerzyły się gwałtownie, a twarz pobladła, gdy umysł zalała niespodziewana wizja.
       Jej oczom ukazały się urywki zdarzeń, obrazy wyrwane z kontekstu, tak różne od siebie, a jednak tworzące zgraną całość. Wpierw zobaczyła maskę, szczerozłotą, spadającą z wysoka, powoli obracającą się wokół własnej osi. Oplatające ją w pierwszej chwili sploty dziwnej materii gasły, tak samo jak żywy kolor, którym dotąd płonęła. Zaraz potem przez jej myśli przewinęły się dziesiątki nieznanych jej twarzy, wszystkie posiadające jedną cechę wspólną – lewe oko o złotej tęczówce. Ale to było nic w porównaniu z tym, co przyszło później. Hashin zobaczyła rozgorzałą bitwę, jednak nie mogła skojarzyć miejsca, w jakim trwała. Z resztą to nie lokalizacja przykuła jej uwagę, a postać zdająca się stać w centrum batalii – ognistowłosa, walcząca z zaciętością godną smoka, ze złotą maską na twarzy. Nagle jednak punkt widzenia zmienił się i elfka zdawała się stać naprzeciw mężczyzny, którego do tej pory obserwowała. Zza gorejącej złotem i szkarłatem maski wpatrywała się w nią para gniewnych oczu, niemal emanujących ogromną mocą zamkniętą w śmiertelnym ciele. Kiedy zaś nieznajomy sięgnął do swojej twarzy i ściągnął zasłaniającą ją okrywę, Hashin gwałtownie zaczerpnęła oddech, budząc się z letargu.
       - Bogowie… - szepnęła słabo, wciąż mając przed oczami swoją wizję.
W jej umyśle wciąż trwał obraz oblicza, które tak niedawno oglądała.
       - Hashin? – odezwał się z niepokojem Maethorion, wpatrujący się w nią już od dłuższego czasu. – Co widziałaś? – zapytał, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że przed jego przyjaciółką właśnie odsłonił się fragment przyszłości.
       Kobieta potrząsnęła słabo głową, zaraz chwiejnie podnosząc się z fotela. Mroczny Elf przyszedł jej z pomocą, obejmując smukłą talię, by ją przytrzymać. Wiedział, że szamanka potrzebuje chwili, żeby dojść do siebie.
       - Musimy wyruszyć do Armonathu[2] – stwierdziła w końcu, patrząc przyjacielowi z powagą w oczy. – I to jak najszybciej.


[1] An’Sharr – (z języka autorskiego) Mroczny Elf
[2] Armonath – nazwa geograficzna, jak i synonim dla Cytadeli Światła; szczegóły w podstronie „Alfabetycznie”.

6 komentarzy:

  1. Na początku myślałem, że to strasznie krótki tekst! Ale okazało się, że jednak nie - czcionka jest mała, więc to było tylko złudzenie :) podoba mi się cała przemiana historii w zupełnie nową i cieszy to, że czytając, znałem wszystkich bohaterów - może trochę od innej strony, może takiej, która w tej historii będzie nieprawdziwa, ale mimo wszystko - super i ogólnie jestem na TAK ;p

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też się zdziwiłam, kiedy okazało się, że mój prolog na ponad cztery strony. :P
    I bardzo się cieszę, że początek się podoba. Mam nadzieję, że uda mi się rozwinąć całą historię ciekawiej, niż to było przy jej poprzedniczce. :) A, no i mam nadzieję, że za bardzo nie odbiegłam od Twojej wizji Maetha, Maeth. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie miałam pojęcia, że moja przyszyła żona jest taka zdolna ;). Teraz to nawet jak zdasz jedziemy do Hiszpanii, coby jak najszybciej stworzyć tą wiekopomną, natchnioną książkę która zaprowadzi nas na Hel xD.

    Na początku to bardziej przypominało epilog i myślałam w sumie, że będziesz opisywać dotychczasowe przygody swojej słodkiej elfki. Ale chyba nie taki jest plan xD.
    Sam wstęp mnie zachwycił [takie małe ciarki były xD]. Tylko masz taka dziwną tendencję... Piszesz ładne, długie, praworządne i w ogóle ekstra zdania, a potem wrzucasz takie niepasujące. I przyspieszasz strasznie akcję w niektórych momentach, bez wytłumaczenia [siedzą, siedzą pod dębem, a potem nagle w sali pijąc wino xD]. Ale to były dwa przypadki na cały prolog, więc i tak jestem dumna ;*.

    Taaaaaaaaaka dumna xD.
    Odwala mi z samotności.

    OdpowiedzUsuń
  4. W sumie mogłabym ci to na GG napisać, ale wiesz... Nie chcę żebyś się rozczarowała jak ci się nowe komentarze przyśnią xD
    :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Ewaaa, o tych wyśnionych komentarzach mogłaś sobie darować! xD Ale cieszę się, że się podobało. A co do przyspieszania akcji - bo wiesz, czasami mnie irytacja twórcza dopada i chcę wszystko jak najszybciej skończyć. :P Ale to jest tylko czasami. W wolnej chwili postaram się to poprawić.
    Dziękuję za komentarz, czy raczej dwa. xD :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Omni Lyen Urum, niechaj As'Ormi czuwa nad Tobą zawsze i wszędzie! Niech ręka twoja lekką będzie, umysł prężny, a serce czyste!

    Lyen Akre, Omni Ake.

    OdpowiedzUsuń